ławka

Gdyby rodzinę można było sobie wybrać, nie byłaby już tak ważna. Dajmy na to wchodzisz do Plazy, wybierasz fajną, miłą i mądrą matkę, zajebistego ojca – oczywiście bez nałogów (!!!) i kilkoro braci i sióstr, koniecznie takich, co nie podpierdalają ubrań ani kasy z Twojego tajnego schowka. I co dalej?

Czytaj dalej ławka

PMS

Jestem czarodziejką (swoją drogą, zawsze chciałam być, bo przecież wychowałam się na Sailor moon). Nawet, jeśli nie miałam czegoś w rękach, jestem w stanie tak to ukryć, że niewiele brakuje, żeby talerze w kuchni leciały w stronę podłogi, a szyby w oknach były na granicy roztrzaskania się na małe kawałki. Myślę, że nie jestem jedyną osobą posiadającą magiczne moce, znalazło by się pewnie kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt milionów kobiet dokładnie takich jak ja.

Czytaj dalej PMS

Pozdrowienia z Narnii

Od trzech dni jesteśmy w miejscu, w którym czas zatrzymał się jakieś dwadzieścia lat temu.

Jeśli chodzi o internet, to udało mi się znaleźć zasięg aż w trzech (!) miejscach potwierdzonych przez męża :

  • Podłoga pod oknem balkonowym
  • Kapliczka na skrzyżowaniu niedaleko domu matki
  • Pokój Olki

Nie, żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało, bo powiadomienia na messengerze wyłączyłam już dawno, dawno temu ( czas dla rodziny i te sprawy), jednak fajnie by było od czasu do czasu połączyć się ze światem równoległym.

O netflixie udało się zapomnieć, zarówno jednemu, jak i drugiemu. Ja i tak jestem słaba w te klocki, bo jedynym serialem, a przecież jest ich milion osiemset, który do tej pory obejrzałam w całości był dom z papieru. Plusem jest fakt, że oboje dostrzegliśmy jak dużo czasu tracimy na głupoty, maszerując na zakupy za pięć dziewiąta, już po kawie i śniadaniu. Normalnie nie wyszlibyśmy z domu przed 11.

Tak jak już wspominałam na wstępie, z jednej strony fajnie, że są jeszcze takie miejsca, gdzie ludzie jeżdżą na rowerach, dzieciaki biegają po podwórku, a o godzinie osiemnastej można policzyć przechodniów na palcach jednej ręki. O niedzieli nawet nic nie powiem, bo to już całkiem kosmos, zwłaszcza w porze obiadowej – trochę podchodzi pod pustynię/Meksyk czy jakiekolwiek miejsce, gdzie słychać ciszę w porywach do bzyczącej muchy gdzieś tam o.

Za gówniarza miałam zakaz przechodzenia przez jezdnię, a na dworze mogłam być do max dwudziestej. Zawsze mnie to wkurwiało, bo nieważne, czy miałam lat osiem czy szesnaście, godziny się nie zmieniały, bo PRZECIEŻ JEST CIEMNO A W PARKU TO GWAŁCĄ. Ten park w ogóle był jakiś pojebany. Tyle się o nim nasłuchałam, że na prawdę gdybym nie znała mojej babci, to uwierzyłabym w wilkołaki. Raz nawet zdarzyło się, że przestawiłyśmy w domu wszystkie zegarki, żeby tylko dłużej posiedzieć z dziewczynami na trzepaku. Los chciał, że nazajutrz babka jechała do lekarza, u którego musiała siedzieć godzinę dłużej. Oczywiście był to przypadek, nagle we wszystkich wyczerpały się baterie, przez co zamiast do godziny ósmej wskazówka ledwo co dowlekła się do siódemki.

Na dzień dzisiejszy praktycznie nic się nie zmieniło poza tym, że mam komórkę, którą wyciszam po piątym telefonie, które zaczynają się już jakieś 2-3 godziny przed umówionym czasem. Tak, ja, Katarzyna, lat dwadzieścia osiem w dalszym ciągu nie mogę na dworze być dłużej niż do godziny dwudziestej. Nie tylko ja! Mąż i syn też.

Być może dlatego tak rzadko tu bywam, bo za bardzo lubię wolność. Nie lubię , gdy ktoś mi dyktuje cokolwiek, a co dopiero kiedy mam się myć, a kiedy powinnam już spać. Apropo, to właśnie z drugiego pokoju dobiegają krzyki typu „czego Ty siedzisz, chodź tu spać, bo nie zasnę”. Starzy ludzie chyba po prostu wyciskają z życia jak najwięcej, do serca biorąc sobie tezę, że wyśpią się po śmierci. Ja po 20 godzinach na nogach bym już padła, jak śledź. Ale nie ONA.

Fajnie tak czasem odciąć się od dużego miasta, pracy, weekendów spędzanych w galeriach, żeby skoczyć jedynie do biedry po kiełbę i rozpalić grilla. Odetchnąć świeżym powietrzem, na moment się zatrzymać i nie myśleć o niczym sensownym.

Wiem, że w niedzielę będę padać ze zmęczenia, wyciągnę się na narożniku w salonie i pierwsze co zrobię, to włączę Świnkę Peppę, jednak na chwilę obecną syn kompletnie zapomniał o bajkach, a całe dnie spędza na schodach pod domem babci. Myślę, że całej naszej trójce przyda się taki detoks. Mam również nadzieję, że nikogo nie uduszę, bo nie jest to do końca rodzinna sielanka jak ta z reklam. Wyjazdy przypominają raczej „Trudne sprawy”. Grunt, to się śmiać, a raczej nie dać zwariować.

Dziś mam w dupie to, czy najbliższy tydzień będzie moim ostatnim (w pracy). Nie mam czasu, żeby się na tym skupić, bo na przykład teraz muszę już iść. Bo NIE DOCIERA DO MNIE, że przez to, że ja siedzę po cichu stukając w ekran tableta, ktoś w wieku 87 lat przez ścianę słyszy jak oddycham, przez co nie może spać.

Pytanie na koniec – Kto jest psychopatą ?

Dobranoc!

„noc kultury”

Obudziłam się rano i spojrzałam na zegarek. Było stosunkowo wcześnie, więc doszłam do wniosku, że spokojnie przez najbliższą godzinę mogę jeszcze nie wstawać. Zza drzwi co prawda wydobywały się już jakieś dźwięki, jednak nic nie wskazywało na to, żebym o ósmej rano była komuś potrzebna do życia. Sobota to taki mój ulubiony dzień, bo praca, którą muszę tego dnia wykonać należy do tych najprzyjemniejszych.

Przeleżałam więc jeszcze sześćdziesiąt minut na swojej bordowej, lekko spranej wersalce z szarą obramówką, żeby następnie zwlec się z niej i włożyć dżinsy w rozmiarze 40. Co prawda kupiłam je w szmateksie, jednak leżały idealnie i miały fajne suwaki przy kostkach. Wzięłam łyka herbaty z dzbanka stojącego na biurku – takiej zimnej, dobrze posłodzonej i z kwaskiem cytrynowym. Niestety kapeć w gębie okazał się większy niż się spodziewałam, zatem myjąc twarz lodowatą wodą, ową herbe poprawiłam kranówką. Podkresliłam dolną powiekę czarną kredką – jak zawsze na linii wodnej i byłam już prawie gotowa do wyjścia. Spakowałam jeszcze kilka rzeczy i dwie fajki, które zostały mi z poprzedniego wieczora wrzuciłam na dno sportowej torby wypełnionej po brzegi farbami i ołówkami. Teczka nie należała do najlżejszych, bo musiała pomieścić format 100×70, oczywiście egzaminacyjny.

Los chciał, że autobus, który przyjechał był niskopodłogowy – zredukowało to ryzyko upadku do minimum. Chwilę później już mnie nie było. Wyłączyłam się na najbliższe 4 godziny, bo wiedziałam, że im więcej metrów kwadratowych pokryję farbą, tym bliżej mi będzie do spełnienia marzeń.

Później dostałam chyba z liścia i się ocknęłam. To moje ulubione wspomnienie, za którym tęsknię prawie tak samo, jak za niepłaceniem rachunków. No dobra , fajki w cenie 5,90 też były całkiem spoko.

Młody przyszedł do mnie gdzieś koło siódmej, przytuliliśmy się, więc jednym słowem udało mi się wyegzekwować dodatkowe pół godzinki, zanim wylądowałam na podłodze u niego w pokoju razem z plejdo.

Nie spodziewałam się, że noc kultury to taka fajna noc. Nigdy mnie to nie jarało, jednak za namową sąsiadki wybraliśmy się w podróż wspólnie, z naszymi chłopakami. Mimo, że tłumy były dzikie, z twarzy nie schodził mi uśmiech, zwłaszcza kiedy w Portofino dokonałam odkrycia roku – lodów o smaku jagera z redbullem. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że ktoś wpadł na tak genialny pomysł a oczy świeciły mi się jak Frankowi na widok statków pirackich. Właściwie to te świeczki w oczach towarzyszyły mi przez cały wieczór, bo to, co trzylatek jest w stanie wyczyniać, nie mieściło mi się w głowie. Kocham ten luz i bezstroskę, która ich przepełnia. Na wszystko patrzyli z takim zaciekawieniem, że czułam się mega dumna, że pokazuję świat małemu człowiekowi. Zwłaszcza, że to co widział tak bardzo go cieszyło.

Przechodząc obok bramy Grodzkiej wszystko wróciło. To tam spędzałam każdą sobotę – 10 lat temu. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo za tym tęsknię i mimo, że minęło już tyle lat, w dalszym ciągu czułam klimat tego miejsca. Udzielił mi się do tego stopnia, że dziś pół dnia spędziłam w sypialni, wymachując ołówkami. Ten dźwięk tak mnie zrelaksował, że zapomniałam o całym świecie, do momentu aż syn zawołał mnie do toalety w wiadomym celu.

Na obiad zaserwowałam mu pierogi z biedry, a sama zjadłam pół ziemniaka popijając go butelką kefiru, po czym znów schowałam się na chwilę, żeby jeszcze przez jakiś czas wsłuchać się tylko w to drapanie po kartce.

Jak widać, nikt za wyjątkiem nieumytej podłogi nie ucierpiał, a niedziela zakończyła się w miarę spokojnie. Popołudnie spędziliśmy na dworze, więc w tej kwestii nic się nie zmieniło. Brakowało mi tej pauzy. W tej chwili już wiem, że niektórych rzeczy się po prostu nie zapomina. Zanim skończę, minie pewnie jeszcze trochę czasu (swoją drogą już wiem, dlaczego tego nie robiłam – zawsze było coś -coś ważniejszego, coś co nie mogło czekać, a właściwie wydawało mi się, że nie mogło), jednak teraz już wiem, że warto olać niektóre sprawy tylko po to, żeby położyć się spać ze świadomością , że zrobiło się coś fajnego, dla siebie. Ja tą świadomość mam i wiem, że to był dobry dzień, który zwiastuje jeszcze lepszy tydzień.

Dobranoc.

Ps – wilk też tu zawita, brakuje mu jeszcze tylko trochę tła.

Dzień maja!

Kiedyś już pisałam, że do niedziel mam sentyment. Zwłaszcza do takich, kiedy nie muszę nic. Najbardziej lubię te słoneczne – dokładnie takie, jak ta.

Młody ogólnie jest mało wymagający, zaczynając od posiłków, zabawy, ubrań, a kończąc na formach rozrywki. To nie jest tak, że mu się nie nudzi – bywa, że LEGO, Play doh, kredki, ani nawet kolekcja filmów Disneya(ba, cały Netflix jest do bani) nie są w stanie zająć go na dłuższą chwilę. W tym akurat nie widzę nic dziwnego – jest trzylatkiem, który z dnia na dzień się zmienia, czasem mam nawet wrażenie, że jego postrzeganie świata obraca się o 180 stopni w stosunku do dnia poprzedniego.

My sami uczymy się od niego co raz to nowych rzeczy – dziś na przykład dowiedziałam się, jak wyglądają „lody pirackie” (gdyby ktoś nie wiedział – to te w czarnym wafelku, o smaku gumijagòd, cokolwiek to oznacza). Sama nigdy bym na to nie wpadła, nie miałabym nawet na nie ochoty,a jednak mimo wszystko „mamo, te pirackie lody są świetne”, to dla nich najlepsza recenzja. Kolejny dowód na to, że dzieciakowi można zrobić dzień za 5,50 (matce za 8 Zeta, bo w Portofino akurat mieli Rafaello z jagodami i słony karmel).

Kiedyś nad zalew jeździłam na randki, z winem/czterema piwami i kocem, ewentualnie z kumplem i butelką ginu, co by zatopić wszelkie smutki i całe zło, które mnie spotkało. Dziś to przygoda życia, najcudowniejsze miejsce na naszej mapie świata, a już na pewno dla naszego małego pirata, który w ciągu godziny chyba ze czterdzieści razy powtórzył MAMO, ALE TU JEST SUPER ( co z tego, że w tamtym roku bardziej skupiał się na tym, że bolą go stopy i ogólnie to raczej woli na rączki). Przez chwilę zastanawiałam się nawet, co mogą myśleć sobie ludzie, kiedy słyszeli te wszystkie okrzyki zachwytu nad zasyfionym zbiornikiem wodnym. W dodatku sztucznym. Że dziecko biedne, pewnie cały czas siedzi w domu, że to na pewno jego pierwszy raz, bo ów zachwyt był na prawdę przeogromny. Boję się pomyśleć co będzie, kiedy pokażemy mu morze.

Kolejna rzecz, na którą bym nie wpadła, jest dzisiejszy powód do świętowania. Przed południem syn zaprosił mnie do sypialni i zapytał, czy będę z nim dziś świętować. Zgodziłam się od razu, a kiedy zapytałam, co konkretnie, uzyskałam jasną i klarowną odpowiedź – DZIEŃ MAJA. Także dziś, dnia dwunastego mamy święto. Myślę, że warto wpisać je do kalendarza, bo poza odgórnym zakazem handlu jest jeszcze jedna ważna rzecz – RODZINA. Ktoś mądrze pomyślał, zamykając sklepy na ten jeden dzień. Nie obyło się bez chaosu – dokładnie pamiętam te pierwsze, jeszcze w tamtym roku. Setki zagubionych ludzi, którzy na prawdę nie wiedzieli co ze sobą zrobić.

Pracowałam w galerii przez dłuższy czas i niejednokrotnie miałam przed oczami obraz kobiety z większą lub mniejszą grupką dzieci, które wręcz prosiły ją o powrót do domu, bo są zmęczone, albo po prostu chcą już iść na dwór. Każdy weekend – te same twarze, ten sam zakupowy szał, chociaż często widziałam takich, co spędzali całe dnie na spacerowaniu po sklepach chyba tylko dla sportu.

Tym oto sposobem dziś cała Plaza, Tarasy zamkowe, Felicity, Olimp i Skende przeniosły się nad Zalew Zemborzycki. Jeżeli którejś ze świątyń nie wymieniłam – sorry, jestem świadoma tego, że wiele rzeczy mnie omija. Często sama puszczam to bokiem, bo wiem, że więcej szczęścia mojemu dziecku da godzina na placu zabaw czy na spacerze, niż cztery spędzone w galerii handlowej. Mam nadzieję, że nie tylko ja zdaję sobie z tego sprawę.

Nie muszę nawet pytać, czy było fajnie, czy mu się podobało – wystarczy, że długą kąpiel zamieniliśmy dziś na szybki prysznic, kolacja, która zazwyczaj wyjmuje nam z życiorysu godzinę, została pochłonięta w 5 minut, a proces usypiania został zakończony sukcesem, zanim jeszcze zdążyłam policzyć do dwudziestu (często gubię się przy tysiącu baranów, sama padając jak śledź). To wszystko zwieńczyło jedno magiczne zdanie – LUBIĘ CIĘ MAMO, wypowiedziane praktycznie przez sen.

Nic dodać, nic ująć
Najlepszy dzień maja ever.