fakof land.

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że muszę wytrzymać 12 miesięcy… Żeby spać spokojnie. Pewnie byłoby nam lżej.

Niestety na swojej drodze nie spotkałam żadnej wróżki ( te z targu pod Novą to wredne suki i się nie liczą), a horoskopy z Wirtualnej Polski nie były aż tak przejrzyste i trafne.

Zaliczyłam niezłe załamanie nerwowe, rozstroje żołądka i stany lękowe spowodowane niepewnością. Czy faktycznie dam sobie radę?

Nie zliczę, ile razy musiałam wykrzyczeć, że PRÓBUJĘ poskładać do kupy to, co stopniowo zaczęło się pieprzyć. Dokładnie rok temu.

Myślę, że to niedowierzanie, że to JUŻ, że jest stabilnie, że będzie tylko lepiej pozostanie ze mną jeszcze przez jakiś czas. Mąż – pesymista w żaden sposób mi tego wszystkiego nie ułatwia mimo, że zawsze starałam się Go podkręcać. Tak pozytywnie.

Zniszczył nas ten czas. Wszystkich, bez wyjątku.

Dzieci są totalnie rozstrojone i zdezorientowane. Tracą najcenniejszą rzecz, bez której dzieciństwo jest gówno warte – kontakt z rówieśnikami.

Franek ogólnie był mega zadowolony, że może pracować z mamą. Mama z tego powodu co prawda nie skakała z radości, ale cieszyła się, że po raz kolejny nie będzie musiała zostać uziemiona. Kiedy słyszę LOCKDOWN Dwa, trzy, pińcet, OSIEM ZERO, czuję strach i wkurwienie. Przecież nie po to po raz kolejny dopiero co zaczęłam stawiać fundamenty, żeby znów ograniczyć się do Netflix Kids i kartonowej rakiety obklejonej bibułą.

Żeby nie było – czas, który mam i mogę poświęcić dziecku – to NAJPIĘKNIEJSZY CZAS. Pod jednym warunkiem – że jest normalnie. Niestety poczucie, że popełniam przestępstwo próbując oddychać świeżym powietrzem idąc np. do sklepu, totalnie ten obraz normalności nam rozwala.

Ostatnie miesiące były na tyle intensywne, że zapomniałam o swojej strefie komfortu. Dawno z niej wyszłam i chyba zgubiłam drogę powrotną. Niestety.

Czekaj, ale o co chodzi? Jaka strefa?

Chyba nie do końca rozumiem pytanie.

Jeśli w danej chwili jakimś cudem znalazłabym się na miejscu staruszka z Bajki o rybaku i złotej rybce – miałabym jedno życzenie :

Chciałabym takie 24 godziny.

Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał.

Żeby nikt mnie nie wołał.

Żeby domyślił się, gdzie jest obcinaczka do paznokci.

I żeby te naleśniki usmażyły się same!

Wzięłabym dodatkowych kilka biletów do tego „FUCK OFF LANDU” – dla dziewczyn, żeby też sobie ulżyły. Zregenerowały szare komórki. Ogoliły nogi. Albo po prostu, najzwyczajniej w świecie posiedziały w ciszy, tak jak ja.

Kiedyś niedziele były bardziej lajtowe. Być może dlatego, że tego ogarniania było mniej. Miałam czas na to, żeby wieczorem usiąść z lampką wina, odpalić kompa i wrzucić tu kilka słów. Dziś o systematyczności nie ma mowy. Między innymi dlatego, że niedziela jest jedynym dniem tygodnia, kiedy na spokojnie mogę umyć włosy zanim padnę/zasnę. Ostatnio jest już lepiej, bo udaje się czynności pielęgnacyjne związane z włosiem, owłosieniem wykonywać częściej, co osobiście uważam za sukces.

Wiem, że to wszystko – całe to wypalenie wymieszane z zatłoczeniem umysłu ma związek jeszcze z jedną rzeczą. Okazało się, że piekę dobre torty i cała ta sytuacja doprowadziła do tego, że każdą wolną chwilę poświęcam na pieczenie biszkoptów i kręcenie śmietany. To taki trochę biznes z przypadku, ale cieszę się.

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę robić torty, że te torty będą smaczne i znajomi znajomych będą dzwonić w awaryjnych sytuacjach – pewnie bym się zaśmiała. Dziś się cieszę. Raz, że faktycznie grono degustatorów stale się powiększa, a dwa – na prawdę ciężko było utrzymać się z zasiłku dla bezrobotnych. Zwłaszcza osobie, która ma dziecko, kredyt hipoteczny i zeszłoroczne wakacje spędziła nad morzem potrzeb.

Myślę, że każdy, kto tworzy związek z drugą osobą od dłuższego czasu, przyzna mi rację – stabilność finansowa jest dziś jednym z fundamentów udanego pożycia. Kiedy hajs przestaje się zgadzać – tylko nieliczni będą żyć miłością, a prędzej czy później i tak w żołądku poczują głód. Gdyby było to tak proste, chłopaki codziennie na obiad dostawaliby soczyste „KOCHAM CIĘ”.

Takie są realia.

Ostatnio nabieram więcej optymizmu. Dozuję go sobie powoli. Staram się nie przyzwyczajać i nie umiem cieszyć się „na zaś”. Po ziemi stąpam twardziej. Ufam mniej, a więcej czasu poświęcam na pielęgnowanie tego, co już mam. To ważne. Gdybym była sama, miałabym pewnie garść siwych włosów mniej. Nie oznacza to jednak, że byłabym szczęśliwsza.

Ostatnia, najważniejsza rzecz.

Jestem TYLKO człowiekiem.

Mam prawo się wkurwiać. Mam prawo chcieć pobyć sama. Jak każdy na tej planecie. Nie wyklucza to jednak tego, że chcę i staram się być dla kogoś najlepsza. Często swoim kosztem.

Ten wpis dedykuję wszystkim, którzy nawet, jeśli nie wypowiedzą tego głośno, marzą o tym, żeby raz na jakiś czas znaleźć się gdzieś daleko stąd.

Kejt 2021

Jedna myśl w temacie “fakof land.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *