czasy lepsze, czasy gorsze

Dziwny ten grudzień. Taki podejrzanie spokojny, bez żadnych szaleństw i przypałów. Mało tego! Przez ostatnie 10 dni dostałam od młodego tyle buziaków, że nawet przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy to On jest jakiś inny/dziwny, czy może ja taka…fajna? Być może to fakt, że jestem najlepszą mamą na świecie. Dla swojego dziecka of kors. A może….

Ja po prostu jestem dla siebie zbyt surowa! Zbyt wrażliwa na cały ten świat i opinie innych. W roli celebrytki to ja kompletnie bym się nie sprawdziła. Totalnie nie mój świat. Ludzie zjedliby mnie dokładnie tego samego dnia, w którym dowiedzieliby się kim jest Majeska. Dlatego ja, spokojny, zwyczajny człowiek cieszę się, że nikogo nie interesuje co zjadłam na śniadanie. I nie muszę się filtrować. No ale jestem surowa. Bardzo długo zastanawiałam się, jak widzą mnie inni. Później trochę „otrzeźwiałam” i popatrzyłam szerzej. Właściwie, to dopiero zaczynam miewać takie naloty, że się nie przejmuję. Do czego zmierzam? Że kurde to, jak ja siebie widzę nie zawsze równa się temu, co widzą inni. Działa to w obie strony, dlatego mam nadzieję, że uda mi się zachować odpowiedni dystans i przestanę być dla siebie bezrobotną Katarzyną w leginsach, która nie ma głowy do rzeczy poważnych.

„Zachowuj się Kaśka, byle jak, ale się zachowuj!”

Coś w tym jest.

Ten rok z jednej strony chciałabym wymazać z pamięci, ale z drugiej.. no czegoś takiego to jeszcze w moim życiu nie grali, a przecież chodzi o to, żeby cały czas coś grało, co nie? Nawet w kościele, w to upalne lipcowe południe przysięgaliśmy sobie z małżonkiem, że w szczęściu i w nieszczęściu, że w zdrowiu i w chorobie. I kurde od tego wszystko się zaczęło.

Może, gdybyśmy dali sobie spokój z tym ślubem, nasze życie byłoby łatwiejsze? Czasem mam wrażenie, że ten tam na górze specjalnie wystawia nas na próby, żeby sprawdzić czy ogarniemy całe to „małżeństwo”.

Powiedz mi człowieku, po jaką cholerę my się hajtaliśmy? Przecież to jest jakieś fatum! A tak było normalnie, to sobie pokomplikowaliśmy. Zachciało Ci się. Nie można było tak na kocią łapę? Wtedy JAKOŚ to było.

Faktycznie, cały ten biznes jest przereklamowany. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi ślub dwojga młodych ludzi, gdzie żadne z nich nie jest multimilionerem.

Za szczyla zabawa w dom była o wiele łatwiejsza. Lalki zdecydowanie mniej płaczą, nie gorączkują i nie wołają trzysta sześćdziesiąt osiem razy dziennie : „MAMO, ZACIĘŁO MI SIĘ”. Niestety, nie dają też wyżej wspomnianych buziaków, więc jak się okazuje, człowiek sam nie wie, czy jeszcze chwile chciałby pobawić się w mamę, tatę i dziecko, czy jednak to, co ma jest ok i nie pozostaje nic innego, jak się z tym wszystkim zmierzyć.

I my się tak zmierzamy. Od pięciu lat, bo poważnie zaczęło robić się tak na prawdę w nocy, z 8 na 9 grudnia. Wcześniej niby coś docierało, zwłaszcza wieczorową porą, kiedy młody nie raz przeorał mi wszystkie wnętrzności, ale z dzieckiem jest trochę jak z biznesem – dotkniesz, usłyszysz, zobaczysz, masz papier – wtedy uwierzysz (korpo jednak ryje banię, ale tu się niestety muszę zgodzić -niepowodzenie boli mniej, kiedy zbyt wcześnie się nie podniecasz).

Liczę na to, że te Święta, inne od wszystkich, których do tej pory udało mi się doświadczyć, będą SPOKOJNE. Nic tak dobrze nie działa na ludzi jak spokój. I żarcie. I alkohol.

Wczoraj zadzwoniła do mnie pewna kobieta. Właściwie, to nie wiem do końca w jakim celu, bo ten, w którym teoretycznie mogłaby zadzwonić nijak miał się do tego, o czym rozmawiałyśmy.

-Witam, dzwonię z firmy xxx, czy mam przyjemność z Panią Katarzyną?

– Tak, zapraszam, dzień dobry.

-Czy w dalszym ciągu szuka Pani pracy?

-Zgadza się, szukam.

-Czy jest Pani dyspozycyjna od poniedziałku do piątku?

-Oczywiście, posiadam status osoby bezrobotnej.

-A czy posiada Pani status studenta?

-Nie.

-Rozumiem, to do widzenia.

Po pierwsze, mam cichą nadzieję, że jednak się nie zobaczymy.

Po drugie : po co się rozdrabniać z jakimś „dzień dobry”? Chociaż… Gdybym po odebraniu telefonu usłyszała pytanie, czy jestem studentką, zapewne odpowiedziałabym właśnie DZIEŃ DOBRY.

Po trzecie?

kilka miesięcy temu pewnie wzięłabym sobie tą krótką, ale jakże treściwą rozmowę bardzo do siebie. Ba, myślę, że miałabym nawet wyrzuty sumienia, że mój jedyny status, to status osoby bezrobotnej, który niestety w dzisiejszych czasach ze statusem studenta przegrywa w rankingach. Tak. Są takie chwile, że człowiek zbliżający się do trzydziestki może mieć wyrzuty sumienia, że kurwa nie jest studentem. Całe szczęście, jedyne uczucie, jakie wywołała we mnie osoba po drugiej stronie słuchawki, to zażenowanie, ale z zażenowaniem spokojnie można wracać do krojenia kiełbasy do żurku. Swoją drogą – wyszedł ZA JE BI STY !

Prawda jest taka, że w życiu chodzi o to, że nie na wszystko do końca mamy wpływ. Czasem po prostu.. musimy dać sobie CZAS. Na ułożenie pewnych spraw, na otwarcie przedszkola, na przechorowanie kilku rzeczy, na parę fajnych seriali. Na uśmiech i bałagan. Na spacer, na puzzle i klocki. I to się wszystko złoży. W jedną, lepszą całość. Za jakiś CZAS…

I mówię to ja, w dniu dzisiejszym zamieniając wyroby medyczne ułatwiające zasypianie na lampkę wina, bo ponoć po winie język mi się rozwiązuje. I czyta się lepiej 😉

Ps – jeśli zdarzy się, że znów nie będzie mnie tu dłuższy czas, to życzę Ci dużo czasu. I duuuużo spokoju w te Święta.

Kejt.

Jedna myśl w temacie “czasy lepsze, czasy gorsze”

  1. Pamiętam jak Pani z podstawówki mnie zapytała( od matematyki) czy Katarzyna Michalak to moja siostra. Odpowiedziałam że tak jeśli to rocznik 91. Powiedziałam że nigdy nie znała takiej osoby jak Ty. I wspomniała o samokrytyce… liczę na kolejny wpis.
    P.S wpis przed Świętami ma być i już

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *