Życie

Nie skończyłam studiów, przez kilka lat siedziałam na kasie uśmiechając się pod nosem prawie za każdym razem, kiedy ktoś po mnie jeździł. Tyle razy słyszałam, że jestem niedouczona, niekompetentna, że pewnie nawet nie mam matury, dlatego jestem w tym a nie innym miejscu. Prawie za każdym razem – bo niekiedy mój trudny charakter mi na to nie pozwalał i zaczęłam traktować ludzi…z wzajemnością. Wśród koleżanek i kolegów – zarówno magistrów jak i dziewczyn po zawodówce czułam się trochę jak wyrośnięta. Być może dlatego, że byłam jedną z tych, które nie przychodzą do pracy zarobić na imprezy czy nowe szmaty, a raczej na życie. Szkoda tylko, że wypłata zawsze kończyła się zbyt szybko.

Kilka lat zajęło mi, żeby zejść na ziemię. Z jednej strony zawsze wierzyłam, że jak się czegoś bardzo chce, to można. Jak się później okazało – nie zawsze. Niektórych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć i tym oto sposobem na przykład, nie zostałam malarką, a jedynie niedoszłą panią architekt krajobrazu. W sumie, to chyba dobrze, że niedoszłą, bo tak na prawdę nigdy nie chciałam tego robić. To miała być taka „alternatywa”, która kosztowała mnie na prawdę dużo nerwów. Sama nie wiem, czy to, że jestem uparta, to moja dobra strona. Czy stracone lata na prawdę były stracone. Czy to, że zaufałam nie tym, którym powinnam zaufać wzmocniło mnie, czy wręcz przeciwnie – podcięło skrzydła. Być może byłabym teraz kimś innym, gdybym tylko posłuchała rodziców, przyjaciół. Wtedy byłam szalona i odważna – rzuciłam wszystko, żeby nie płakać z tęsknoty i spełniać marzenia. Nie musiało minąć dużo czasu, żebym znów zaczęła płakać. W tej chwili mogę tylko „gdybać”. Swoją drogą, chyba na prawdę byłam zdeterminowana, bo wierzyłam, że za 700 złotych miesięcznie jestem w stanie wygrać życie.

Z supermarketu trafiłam do na prawdę fajnego korpo. Fajnego, bo jestem wśród ludzi, którzy tak jak ja mają jakiś cel. Pamiętam rozmowę kwalifikacyjną – nie wiem, czy akurat tym zrobiłam dobre wrażenie, bo powiedziałam po prostu, że wydaje mi się, że jestem normalna i lubię ludzi. Że chciałabym spróbować czegoś nowego, coś zmienić, a być może odnaleźć się w nowej roli. Nie mogłam zapewnić, że będę wzorem dla innych, ale zapewniłam, że dam z siebie wszystko i chcę się uczyć, rozwijać. Tym oto sposobem mogę śmiało założyć kapcie, zjeść banana na koszt firmy, albo chociażby nie czekać z toaletą do trzynastej. Tak, dla niektórych w dalszym ciągu to luksus, którego boją się zaznać.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam w rękach pędzle, kiedy gruntowałam papier. Mam też problem z wyliczeniem bajek, które obejrzałam w zeszłym tygodniu. Nie uważam również, że moje życie to pasmo porażek, wręcz przeciwnie – kiedy zbieram się do pracy i widzę juniora zawiniętego w kołdrę (jak on to robi, że mając 100cm wzrostu, jest w stanie zająć 90% łóżka o wymiarach 160/200?) to wiem, że mi się udało. Mam w domu małego, mądrego i fajnego człowieka, który rysuje piękne kwiatki, a ja jaram się tym strasznie. Że tak samo jak ja lubi kredki i farby.

Miałam pojebany sen. Byliśmy we trójkę w Rzymie, a na placu Świętego Piotra spojrzałam na Szymka i z niedowierzaniem rzuciłam „Boże, przecież o tym marzyliśmy!!!” trzymając za rękę młodego. Później, nad morzem Tyrreńskim, które raz już widziałam, biegłam za nim po pomoście, który miał chyba z pincet metrów. Kiedy udało mi się go złapać w ostatniej chwili, zobaczyłam praktycznie pod nogami czarny piasek. Wracając, już w stronę brzegu, razem z Frankiem wpadliśmy do wody. Była tak głęboka, że miałam problem, żeby nawet sięgnąć dna, a co dopiero mówić – wypłynąć na powierzchnię. Za każdym razem, kiedy próbowałam wyłonić chociaż głowę, żeby zawołać o pomoc – coś ciągnęło mnie w dół. W tym momencie się obudziłam. Długo leżałam i patrzyłam, jak chłopaki śpią. Nie wiem, czy była trzecia, czy już piąta, w każdym razie mimo, że byłam zaspana, dawno nie czułam się tak przerażona i bezpieczna jednocześnie. W domu, w naszej niebieskiej sypialni, razem z nimi. Zastanawiałam się nawet, czy lekcje pływania z podstawówki i gimnazjum by mi wystarczyły, żeby przeżyć. Nawet największe marzenia są gówno warte, jeśli miałoby mi ich zabraknąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *