związki cz.1

Poznajecie się przypadkiem. Jak się później okazuje – w przyrodzie owszem, zdarzają się, ale tak po prostu miało być. Wspólni znajomi, albo znajomi znajomych, szkoła, kółko plastyczne, praca, cokolwiek. Scenariusze są podobne, a wyjścia zazwyczaj macie dwa – albo coś z tego wyjdzie, albo spierdalaj. Aż dziwne, że przez tyle lat mogliście minąć się na ulicy milion razy.

Kiedy Ty czekasz na smsa, Ona siedzi i kolejny raz kasuje wiadomość, bo nie wie jak zacząć. Jak zagadać, żeby nie spieprzyć całej sprawy, a kiedy już uda jej się wyskrobać te 2-3 zdania i wcisnąć „wyślij”, kamień spada z serca. I jej i Tobie. Przez pierwsze tygodnie zbiera Was na rzygi z wrażenia, wkręcacie się oboje do tego stopnia, że nawet w spranej koszulce ze szmateksu widziałbyś jedynie piękne oczy i fajne cycki. A do tego jaka mądra!

Z każdym kolejnym spotkaniem jest coraz ciekawiej. Ławka, Perła Mocna, uścisk i dwukropek gwiazdka przed snem. Żadne z Was nie chce, żeby to się skończyło. Niestety, prędzej czy później się skończy. Nie oznacza to jednak, że skończy się znajomość. Taki etap, że zanim zdążysz się nacieszyć, wchodzisz na kolejny level, czyli „normę”.

Trzymanie się za rękę będzie oczywistością, ale tylko do czasu. Później wystarczy już tylko buziak soczysty bardziej lub mniej. Okazuje się, że poza czymś dziwnym, czego słuchasz, wrzucasz na swoją mp3kę jeszcze jeden utwór, który nawet po dziesięciu latach będziesz kojarzyć z tą jedną, jedyną osobą. Pytanie, czy uśmiechniesz się pod nosem, czy westchniesz, wciskając next.

Nie istnieje coś takiego jak przewlekła euforia. Ku zdzwieniu wszystkich, te porozzrzucane skarpety zaczną Cię wkurwiać, a On będzie wpadał w szał w momencie, kiedy w łazience zacznie dusić się Twoimi wypadającymi włosami. Pozostaje Wam jedynie oswoić się z myślą, że z niektórymi nawykami można walczyć latami – bez skutku. Jeżeli w międzyczasie dogadacie się i będziecie sobie wykładać na stół wszystko, co wkurwia i boli – jest szansa, że obejdzie się bez nerwicy. Gdyby zamiast jednego z tych pierwszych „kocham Cię”, udało Wam się rzucić proste „akceptuję to, jaki jesteś” być może niedopowiedzeń byłoby mniej.

W najgorszym wypadku wbijesz sobie do głowy, że jesteś w stanie ją zmienić. Z pojebanej bałaganiary zechcesz zrobić sexy kurę domową, która nie zaśnie, dopóki nie….

zetrze kurzu z komody w salonie.

Ona zaś z nadzieją w sercu miłym głosem westchnie, że fajnie by było, gdybyś zostawiał swoje rzeczy w miejscu do tego przeznaczonym.

Chemia, która wisi gdzieś między Wami może być obłędna do tego stopnia, że olejesz temat, ale tylko po to, żeby za jakiś czas do niego wrócić.

Następnym, często ostatnim etapem jest jeszcze większa normalność, niż wcześniej. Mieszkacie razem, razem wracacie z Biedry obładowani żarciem i środkami do czyszczenia kibla. Kiedy uda się już ogarnąć zakupy, siadacie przed tv ( wersja burżuj – szybki prysznic i kino na spontanie), wjeżdża alko i miło kończycie dzień. Rozmowy jakoś się toczą, od tematu do tematu. Fajnie, że jeszcze interesuje ją to, co działo się w pracy. Gorzej, gdyby powiedziała, że ma to w dupie, bo ma na głowie masę rzeczy i marzy jedynie o ciepłej kąpieli – jak najdalej od całego świata, od Ciebie również. Żyjecie tak sobie kilka miesięcy, czasem nawet kilka lat. Monotonia wkradła się mimo, że na początku żadne z Was nie miało zamiaru jej wpuścić. Ene due – kto pierwszy stwierdzi, że ma to gdzieś? Że mu się nudzi, że to za wcześnie, że tyle lat przed nim, więc po co bawić się w dom, w dodatku pusty?

Tutaj stajesz przed drzwiami. Żeby było trudniej – wyjścia masz dwa.

Albo odpuścisz, czyli jednym słowem wybierzesz drogę na skróty, pożegnacie się i będziecie szukać powodu do refluksu żołądka z kimś innym, albo

zostaniesz.

Kiedyś rozumieliście się bez słów. Dziś nie musicie nic mówić, żeby każde z Was wiedziało, że czas na zmiany. Koniec z Teorią wielkiego podrywu i browarem wieczorową porą. Zdacie sobie sprawę, że czas na więcej. Nawet, jeżeli dwa razy w roku jechalibyście w podróż na drugi koniec świata – przestanie Wam się chcieć.

Jeżeli jesteście na tyle uparci, że oboje zechcecie wybrać tą drugą, trudniejszą drogę, okaże się, że to wszystko, co Was do tej pory spotkało, było jedynie początkiem. Nie łączy Was „tylko” uczucie, jakieś wartości, a CEL. Bez niego nawet dziesięcioletnia sielanka nie ma sensu. Kiedy nie macie wspólnego celu, to nie ma szans, żeby stworzyć razem cokolwiek. Tak samo, jak w przypadku, kiedy tylko 1/2 Waszego związku planuje przyszłość. Na jednej nodze ciężko jest nawet iść się wysrać, a co dopiero startować do rzeczy poważnych. Przyjaźń jest tu tak bardzo ważna, wręcz kluczowa!

Pytanie, czy to już ten czas?

Kiedy któregoś dnia obudzisz się, bo ktoś krasnalich rozmiarów zakłada Ci nogę na szyję to wiedz, że masz ogromne szczęście i być może to jest właśnie jeden z tych „celów”.

Możesz też zostać wspomnieniem z tych kilku miejsc.

Spróbujesz zapomnieć, parę razy odwrócisz wzrok, a kiedy wpadniecie na siebie przypadkiem, zaczniecie zapewniać się nawzajem jak cudownie Wam się to całe życie ułożyło. Będziesz się uśmiechać, a wszystkie słowa, które wypowiesz będą owiane tajemnicą. Tajemnicą, która w rzeczywistości będzie zwyczajnym ukrywaniem słabości. Nie dasz po sobie poznać, że jest chujowo. Jak sobie radzisz? Świetnie. Masz kogoś? Mam, jest dobrze.

Gdybyście usiedli obok siebie na ławce, oczywiście zachowując bezpieczną odległość, pewnie zrobiłoby się dziwnie. Cicho. Moglibyście tak siedzieć następne dwadzieścia godzin nie odzywając się, a i tak słyszelibyście nawzajem własne myśli.

Za późno. Prędzej, czy później zostaniesz już tylko tą jedną piosenką.

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *