pamiętniki

Gdybym zacytowała tu pierwszą, ósmą, czternastą, trzydziestą trzecią, pięćdziesiątą, setną, sto dwudziestą pierwszą i jeszcze kilkadziesiąt innych stron z mojego pamiętnika, który kontynuowałam przez 8 lat w trzech zeszytach w kratkę – wyszedłby tu niemały poradnik/dziennik nastolatki kłebiącej w sobie milion uczuć. Często bardzo złych uczuć. Gdyby nie fakt, że okres dojrzewania cechuje przede wszystkim ogromna burza hormonów przeplatających stany depresyjne z euforią, mogło by się okazać, że moje życie to jedna wielka „Moda na sukces”, żeby nie powiedzieć „Trudne sprawy”.

Czytaj dalej pamiętniki

pocztówki

Odpalam fejsa – widzę kwiatki. Scrolluję insta, podziwiając czerwone róże, pluszaki, miliony serduszek, brokatu i dziesiątki relacji, które pokazują jak bardzo jesteśmy szczęśliwi. I zakochani. Dziś szczególnie, bo przecież w ten wyjątkowy, pochmurny i deszczowy dzień chcemy pokazać wszystkim, jak bardzo się kochamy, że nie jesteśmy sami,albo chociaż to, jak zajebiście jest wyjść na miasto i zjeść WALENTYNKOWĄ kolację. Ostatecznie, wrzucamy fotę walentynkowego kota tudzież psa. Fajnie.

Czytaj dalej pocztówki

związki cz.1

Poznajecie się przypadkiem. Jak się później okazuje – w przyrodzie owszem, zdarzają się, ale tak po prostu miało być. Wspólni znajomi, albo znajomi znajomych, szkoła, kółko plastyczne, praca, cokolwiek. Scenariusze są podobne, a wyjścia zazwyczaj macie dwa – albo coś z tego wyjdzie, albo spierdalaj. Aż dziwne, że przez tyle lat mogliście minąć się na ulicy milion razy.

Czytaj dalej związki cz.1

moi mężowie.

Kilka dni temu mój pierwszy mąż ponownie stanął na ślubnym kobiercu. Co prawda od rozwodu minęło już ze 20 lat, jednak wspominam Go ciepło i of kors kibicuję i życzę młodej parze jak najlepiej. Mimo, że mówi się, że takich chwil się nie zapomina, to niektóre rzeczy pamiętam trochę jak przez mgłę. Wiem jedynie, że biedny uciekał przede mną tuż po ceremonii (chyba wyczuł temat i wiedział, że nie będzie miał ze mną lekko) a ksiądz, który udzielał nam ślubu sam już jest mężem i przykładnym ojcem. Po ołtarzu też już nie zostało nic poza studzienką kanalizacyjną, gdyż kilka lat później nasz plac zabaw przy Żelazowej Woli został zrównany z ziemią ( o to toczyła się prawdziwa wojna!), a zamiast zjeżdżalni i paru huśtawek rośnie tam teraz kilka krzewów/drzewek. Swoją drogą może dobrze się stało, bo byłam jedyną Kaśką na osiedlu, a na belce od zjeżdżalni widniało hasło „KAŚKA TO RUMUN”.

Czytaj dalej moi mężowie.

czego pragną kobiety?

Miło wspominam czasy Fotki.pl, Naszej Klasy, czy Photobloga, który był chyba formą dzisiejszego Instagrama, z małą tylko różnicą – opisy pod zdjęciami pisałam pełnymi zdaniami, a gdyby wtedy ktoś spytał mnie, co to jest hashtag, pomyślałabym raczej o jakiejś nowatorskiej metodzie jarania trawki, co kompletnie odbiega od słów kluczowych poprzedzonych kratką.

Czego tak na prawdę oczekuje laska, wstawiająca zdjęcia z dziubkiem, oczywiście robione z rąsi tak, żeby przy okazji wydłużyć talię i pokazać kawałek cycka?

Czytaj dalej czego pragną kobiety?

Małpolatki

W miesiącu mam średnio 6-7 (w porywach do 28miu) takich dni, że po prostu wymiękam. Wysiadam, w myślach wielokrotnie wyskakuję przez okno, nawet nie z własnego domu, a z tego w pracy – w końcu parter nijak nie równa się z dziesiątym piętrem naszego biurowca. Nie jestem sama, bo każda „normalna kobieta” nadaje na podobnych falach zwłaszcza, kiedy czasy beztroski i nocy nieprzespanych wyłącznie z powodu imprez już dawno minęły.

Ja mam o tyle sporo szczęścia, że decyzja o założeniu rodziny była świadoma. Franek jest dzieckiem, którego oboje chcieliśmy, chociaż jak każdy świeżo upieczony rodzic zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Mimo wszystko, nigdy nie pomyślałam, że wydarzyło się to za wcześnie, albo co gorsza, że był to błąd.

Powoli uczę się ponosić konsekwencje swoich wyborów, które nie zawsze są dla mnie w pełni oczywiste. Bywało, że byłam już blisko, żeby zjebać sobie życie – los chciał, że cały młodzieńczy bunt trwał dosyć krótko, bo praktycznie odkąd skończyłam osiemnaście lat, byłam sobie wiatrem, sterem i okrętem. Wyprowadzając się z domu nie osiągnęłam w pełni statusu kobiety dorosłej, wyzwolonej i samodzielnej, jednak to w dużej mierze sprawiło, że tyłek, który zdobi cellulit, jest dosyć twardy, jak na moje 28 wiosen.

Niestety nie znam osoby, która w wieku kilkunastu lat za największy autorytet uważa/ła swoich rodziców. Mam jednak nadzieję, że tacy istnieją, bo nie ukrywam, że chciałabym zrobić wszystko, żeby syn czuł respekt i darzył nas zaufaniem nieważne, czy to w wieku 12 czy 32 lat. Sama jeszcze jakiś czas temu byłam pewna, że wszystko, co próbują mi wbić do łba starzy, to ściema, bo co oni tak na prawdę mogą wiedzieć o moim świecie. Dopiero później okazało się, że mój świat, kiedyś był także ich światem. Dziwne.

Źródło wszystkim znane.
Źródło wszystkim znane.

„Co za ponury absurd, żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem”

Być może dlatego nie skończyłam studiów, ba, być może dlatego nie poszłam do zawodówki, nie wybrałam innego kierunku, wyjechałam i wróciłam, poszłam do tej a nie innej pracy. Bo byłam głupia ? Raczej wiedziałam za mało. Do tej pory nie mam pojęcia, co tak na prawdę chciałabym robić w życiu – czego więc miałam oczekiwać dziesięć lat temu? Poważnych decyzji, które dobrze zaowocują na przyszłość, skoro zaledwie piętnaście minęło odkąd przestałam się kochać w tym emo z Tokio Hotel (czy K-Maro, który był moim idolem, a teraz świat już raczej zapomniał o jego istnieniu) – chyba nie.

Musiało minąć dziesięć lat, abym zrozumiała, że po to właśnie są dorośli.

Żeby ich nie słuchać. Spieprzać, kiedy próbują nas chronić przed całym złem tego świata.

By iść swoją drogą, zupełnie inną niż ta, którą nam doradzają. Tylko i wyłącznie po to, żeby się cofnąć i stwierdzić, że faktycznie, łatwiej byłoby skręcić w prawo.

Rzucić szkołę, kiedy oni mówią, że to zły pomysł. Później żałować, że w biedrze na kasie jest chujowo, a mogłam przecież zostać tym grafikiem pod warunkiem, że kompa odpalałabym nie tylko w celu spędzenia nocy na GG.

Dostać w ryj, a później po dupie od kogoś, komu przecież można było ufać. A wystarczyłoby uwierzyć w siebie i znać swoją wartość.

Wypić tyle wódy, żeby stracić przytomność i obudzić się w rowie z połamaną szczęką. O dziwo, nie przyjaciel od flaszki wezwał pogotowie.

Spojrzeć na ścianę, którą zdobi kilkanaście medali tylko po to, żeby uświadomić sobie, że to już przeszłość. Swoją drogą piękna.

Wiać z lekcji dla kilku motyli w brzuchu, po czym każdą noc smarkać w poduszkę w obawie o jutro. Najgorzej, że nie tylko swoje, ale tych brzdąców, które drzemią tuż obok.

Mogłabym wymieniać do rana.

Nie znam osoby, która zechciałaby uczyć się na czyichś błędach. Zwłaszcza, kiedy owa osoba za szczyt swojej dorosłości uważa dowód osobisty w portfelu. Kiedyś już chyba nawet o tym pisałam, nieważne.

Mimo wszystko, nie chciałabym cofnąć czasu. Każdy dzień czegoś mnie uczy. Być może najlepsze / najgorsze dopiero przede mną.

Ze specjalną dedykacją, dla moich sióstr, wszystkich.

Dzień maja!

Kiedyś już pisałam, że do niedziel mam sentyment. Zwłaszcza do takich, kiedy nie muszę nic. Najbardziej lubię te słoneczne – dokładnie takie, jak ta.

Młody ogólnie jest mało wymagający, zaczynając od posiłków, zabawy, ubrań, a kończąc na formach rozrywki. To nie jest tak, że mu się nie nudzi – bywa, że LEGO, Play doh, kredki, ani nawet kolekcja filmów Disneya(ba, cały Netflix jest do bani) nie są w stanie zająć go na dłuższą chwilę. W tym akurat nie widzę nic dziwnego – jest trzylatkiem, który z dnia na dzień się zmienia, czasem mam nawet wrażenie, że jego postrzeganie świata obraca się o 180 stopni w stosunku do dnia poprzedniego.

My sami uczymy się od niego co raz to nowych rzeczy – dziś na przykład dowiedziałam się, jak wyglądają „lody pirackie” (gdyby ktoś nie wiedział – to te w czarnym wafelku, o smaku gumijagòd, cokolwiek to oznacza). Sama nigdy bym na to nie wpadła, nie miałabym nawet na nie ochoty,a jednak mimo wszystko „mamo, te pirackie lody są świetne”, to dla nich najlepsza recenzja. Kolejny dowód na to, że dzieciakowi można zrobić dzień za 5,50 (matce za 8 Zeta, bo w Portofino akurat mieli Rafaello z jagodami i słony karmel).

Kiedyś nad zalew jeździłam na randki, z winem/czterema piwami i kocem, ewentualnie z kumplem i butelką ginu, co by zatopić wszelkie smutki i całe zło, które mnie spotkało. Dziś to przygoda życia, najcudowniejsze miejsce na naszej mapie świata, a już na pewno dla naszego małego pirata, który w ciągu godziny chyba ze czterdzieści razy powtórzył MAMO, ALE TU JEST SUPER ( co z tego, że w tamtym roku bardziej skupiał się na tym, że bolą go stopy i ogólnie to raczej woli na rączki). Przez chwilę zastanawiałam się nawet, co mogą myśleć sobie ludzie, kiedy słyszeli te wszystkie okrzyki zachwytu nad zasyfionym zbiornikiem wodnym. W dodatku sztucznym. Że dziecko biedne, pewnie cały czas siedzi w domu, że to na pewno jego pierwszy raz, bo ów zachwyt był na prawdę przeogromny. Boję się pomyśleć co będzie, kiedy pokażemy mu morze.

Kolejna rzecz, na którą bym nie wpadła, jest dzisiejszy powód do świętowania. Przed południem syn zaprosił mnie do sypialni i zapytał, czy będę z nim dziś świętować. Zgodziłam się od razu, a kiedy zapytałam, co konkretnie, uzyskałam jasną i klarowną odpowiedź – DZIEŃ MAJA. Także dziś, dnia dwunastego mamy święto. Myślę, że warto wpisać je do kalendarza, bo poza odgórnym zakazem handlu jest jeszcze jedna ważna rzecz – RODZINA. Ktoś mądrze pomyślał, zamykając sklepy na ten jeden dzień. Nie obyło się bez chaosu – dokładnie pamiętam te pierwsze, jeszcze w tamtym roku. Setki zagubionych ludzi, którzy na prawdę nie wiedzieli co ze sobą zrobić.

Pracowałam w galerii przez dłuższy czas i niejednokrotnie miałam przed oczami obraz kobiety z większą lub mniejszą grupką dzieci, które wręcz prosiły ją o powrót do domu, bo są zmęczone, albo po prostu chcą już iść na dwór. Każdy weekend – te same twarze, ten sam zakupowy szał, chociaż często widziałam takich, co spędzali całe dnie na spacerowaniu po sklepach chyba tylko dla sportu.

Tym oto sposobem dziś cała Plaza, Tarasy zamkowe, Felicity, Olimp i Skende przeniosły się nad Zalew Zemborzycki. Jeżeli którejś ze świątyń nie wymieniłam – sorry, jestem świadoma tego, że wiele rzeczy mnie omija. Często sama puszczam to bokiem, bo wiem, że więcej szczęścia mojemu dziecku da godzina na placu zabaw czy na spacerze, niż cztery spędzone w galerii handlowej. Mam nadzieję, że nie tylko ja zdaję sobie z tego sprawę.

Nie muszę nawet pytać, czy było fajnie, czy mu się podobało – wystarczy, że długą kąpiel zamieniliśmy dziś na szybki prysznic, kolacja, która zazwyczaj wyjmuje nam z życiorysu godzinę, została pochłonięta w 5 minut, a proces usypiania został zakończony sukcesem, zanim jeszcze zdążyłam policzyć do dwudziestu (często gubię się przy tysiącu baranów, sama padając jak śledź). To wszystko zwieńczyło jedno magiczne zdanie – LUBIĘ CIĘ MAMO, wypowiedziane praktycznie przez sen.

Nic dodać, nic ująć
Najlepszy dzień maja ever.