końce

Miewamy kiepskie dni. Zdarzają nam się również całkiem chujowe miesiące, które zostawiają po sobie ślad na dłużej, niż mogłoby się wydawać. Dla mnie tym złym, słabym i przykrym był właśnie kwiecień, ale zazwyczaj staram się wychodzić z założenia, że wszystko co pojebane kiedyś się kończy. Z otwartymi ramionami witam zatem M A J . Całkiem inny niż wszystkie, które do tej pory przeżywałam.

Czytaj dalej końce

świąteczne memory

Nic mnie tak nie irytuje z rana, jak darcie japy z pokoju obok. Człowiek próbuje odespać wszystkie troski z nadzieją, że chociaż ten jeden dzień w roku okaże się być dla niego łaskawy. Nic bardziej mylnego! Zwłaszcza, kiedy zrywam się tylko po to, żeby za chwilę pędzić do sklepu po puszkę groszku konserwowego, jajka i bułkę tartą. Z dwojga złego wolę w ten sposób okazać wsparcie mamie, która po raz kolejny dostała zjebę, bo przecież ojciec „ostatni raz wyszedł z domu!” – niż słuchać tego jarmolenia pod nosem okraszonym wąsem. Powinna się cieszyć kobita, że ma nas czworo – zawsze znajdzie się jakiś jeleń, który skoczy do Stokroty po „przypomniałomisię”.

Czytaj dalej świąteczne memory

blizny.

Jedynym plusem zmiany czasu, jaki zauważyłam do tej pory jest to, że raz w roku mam wieczór dla siebie dłuższy o godzinę. Pod warunkiem, że sama nie zasnę, co właściwie jest bardzo możliwe. Nie chcę nawet zaczynać tłumaczyć młodemu o co w tym wszystkim chodzi z nadzieją, że za kilka dni sam się ogarnie i będzie jak zwykle. Kiedy wspomniałam, że chyba jestem już dziś zmęczona, usłyszałam podwójne „ja też” od osobników płci przeciwnej przebywających razem ze mną we wspólnym gospodarstwie domowym.

Czytaj dalej blizny.

nie musimy być szczęśliwi cały czas.

Zastanawiam się, co zmienia nas bardziej – czy ludzie, czy czas.

Żeby zrozumieć co tak na prawdę niektórzy wnoszą (czy też wynoszą) do naszego życia, potrzebujemy czasu. Bywa, że potrzeba na to kilku dni, miesięcy, a niekiedy musi minąć nawet dziesięć lat, żeby zdać sobie sprawę, że faktycznie, spotykanie poszczególnych osób na swojej drodze daje nam więcej, niż mogłoby się wydawać. Obserwuję i analizuję. Czasem opisuję. Człowiek nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Czytaj dalej nie musimy być szczęśliwi cały czas.

Matki

Odkąd pamiętam, a pamięć mam nadzwyczaj dobrą, moja mama zawsze była dla mnie… zwykłą mamą. To, że znała odpowiedź na każde moje pytanie, wielokrotnie przewidywała przyszłość (zwłaszcza poznając każdego kolejnego faceta, którego przyprowadzałam do domu), czy ogarniała praktycznie wszystkie prace domowe od sprzątania, po wymienianie zawiasów w szafkach, na obcinaniu głowy wigilijnemu karpiowi kończąc – To wszystko zawsze było dla mnie oczywiste, bo przecież kto miałby robić takie rzeczy, jeśli nie ona.

Nie uwzględniam tu ojca ze względu na to, że owszem był obecny w naszym życiu od narodzin po dzień dzisiejszy, to jednak w okresie, kiedy nasza czwórka wyrastała na lepszych lub gorszych ludzi – był za granicą, oczywiście po to, żeby wrócić raz na kilka miesięcy z wielką torbą niemieckich czekolad i żelków.

Moja mama, to taka typowa mama, jak z tych memów – teksty typu „traktujesz dom jak hotel”, „jeszcze tu nasrać na środku dywanu”, „bo nie”, „ty nie jesteś każdy” i wiele, wiele innych, to chyba już norma u wszystkich matek, nawet w dzisiejszych czasach. Ostatnio nawet zauważyłam, że mówię dziecku to samo, co kiedyś irytowało mnie – jak widać, karma wraca.

Kolejny temat to wszystkie niedojedzone kanapki, zupy, skórki od chleba, czy nawet rodzynki z ciasta – to chyba jakaś kumulacja tego, czego ja nie trawiłam w dzieciństwie. I do tej pory dziwiłam się, jak można się wkurwiać robiąc jeden obiad. Do czasu,aż sama nie zagrałam głównej roli. Niby zwyczajne mielone z ziemniakami nie powinny człowieka wyprowadzić z równowagi. No chyba, że jedno chce kotleta bez sosu, drugie bez buraczków, trzecie z tartymi ogórkami kiszonymi, a czwarte dla odmiany zamiast mięsa poprosi o jajko sadzone. I tak codziennie. Jedynie pomidorowa pozostaje bezkompromisowa od lat.

Ja swoją darzę ogromnym szacunkiem, bo to nie lada wyczyn wychować dzieci bez internetu, Facebooka i niezastąpionego forum dla mam. Bez zakupów online, tabletów, YouTubea, a nawet pampersów czy laktatora elektronicznego, niani, szumisia, butelek antykolkowych i niemieckich kropli działających cuda w przypadku kolek.

W dzisiejszych czasach wszystkie matki są takie najmądrzejsze. Najbardziej doświadczone, wiedzą wszystko i fakt, jedna rzecz się nie zmienia – znają rozwiązanie każdego wychowawczego problemu. Zwłaszcza, kiedy ów problem nie dotyczy ich dziecka.

Zastanawiam się, dlaczego długo nie zdawałam sobie sprawy, że mama to też KOBIETA. Też ma gorsze dni, miesiączkę, tyle samo buzujących hormonów, chodzi do pracy, która niejednokrotnie wyprowadza z równowagi, płaci rachunki i potrzebuje czasem wyjść z domu sama, a to wszystko tak, żeby każdy był zadowolony. Zawsze zdawało mi się, że ona po prostu jest i będzie nieważne, co by się działo. Rzadko widziałam ją chorą, co nie zmienia faktu, że widziałam jak płacze. Z tym, że wtedy myślałam, że pewnie złapała jakiegoś chwilowego doła, który na pewno zaraz przejdzie, a o co chodzi – raczej nie wnikałam. Charakter mamy podobny, więc zazwyczaj i tak było słychać co jest nie halo i o co właściwie chodzi.

Musiało minąć dwadzieścia parę lat, żebym poczuła na własnej skórze jak to jest. Nie wierzę w magię Instagrama, bo jestem pewna, że idealnych kobiet po prostu nie ma. Cały ideał macierzyństwa nie tkwi w pięknych ubrankach, wiecznie uśmiechniętych dzieciach które oczywiście nie wiedzą co to płacz. Nie wiem, kogo te laski chcą przekonać do tego, że dom zawsze może być czysty a one pachnące, wydepilowane i ze świeżą hybrydą na paznokciach. Być może to nowa polityka prorodzinna – ajdonoł.

Sęk tkwi w tym, że ten sajgon jest na swój sposób fajny. Kiedy wracam z pracy, to wiem, że czeka na mnie mały człowiek, który kilka godzin wcześniej żegnał mnie tekstem „ładnie wyglądasz” nawet, jeżeli tyłek wylewa mi się z dżinsów, a włosy umyłam jedynie suchym szamponem. Plusem są też serca z plasteliny, które mega mnie rozczulają. Prawie tak samo, jak zwiędnięte mleczyki.

Jestem przede wszystkim kobietą. Mam kompleksy, jednak to akurat jest sprawa indywidualna, bo każda z nas nad czymś ubolewa. Brzuch zdobią rozstępy, uda cellulit a jeden cycek jest o pół rozmiara większy od drugiego. Mam też dobre strony, bo jak twierdzi syn – jestem fajna. Skoro mówi, że mnie lubi, to znaczy, że jestem całkiem spoko mamą. Być może taką samą, jaką moja była i jest dla mnie. Tego w sumie jestem pewna, bo moja jest najlepsza. Każda z nas dla kogoś będzie najmądrzejsza. Będzie miała najładniejsze włosy, oczy, uśmiech, czy nawet ten nos, który reszcie świata będzie przypominał kartofel.

W tej chwili to ja odpowiadam na pytania, gotuję dwa obiady, opowiadam bajki i kupuję kolejny strój superbohatera do kolekcji.

Mimo wszystko mam też czas, żeby zająć się sobą, zrobić rzęsy, pójść na pilates, czy wejść na bloga. Skoczyć na lody, na spacer SAMA, jak człowiek, bo przecież wciąż nim jestem, a matka – to tylko taki zawód, z dożywotnim etatem. Szkoda, że często mylony jest z „ograniczeniem” normalnego życia.