świąteczne memory

Nic mnie tak nie irytuje z rana, jak darcie japy z pokoju obok. Człowiek próbuje odespać wszystkie troski z nadzieją, że chociaż ten jeden dzień w roku okaże się być dla niego łaskawy. Nic bardziej mylnego! Zwłaszcza, kiedy zrywam się tylko po to, żeby za chwilę pędzić do sklepu po puszkę groszku konserwowego, jajka i bułkę tartą. Z dwojga złego wolę w ten sposób okazać wsparcie mamie, która po raz kolejny dostała zjebę, bo przecież ojciec „ostatni raz wyszedł z domu!” – niż słuchać tego jarmolenia pod nosem okraszonym wąsem. Powinna się cieszyć kobita, że ma nas czworo – zawsze znajdzie się jakiś jeleń, który skoczy do Stokroty po „przypomniałomisię”.

Czytaj dalej świąteczne memory

blizny.

Jedynym plusem zmiany czasu, jaki zauważyłam do tej pory jest to, że raz w roku mam wieczór dla siebie dłuższy o godzinę. Pod warunkiem, że sama nie zasnę, co właściwie jest bardzo możliwe. Nie chcę nawet zaczynać tłumaczyć młodemu o co w tym wszystkim chodzi z nadzieją, że za kilka dni sam się ogarnie i będzie jak zwykle. Kiedy wspomniałam, że chyba jestem już dziś zmęczona, usłyszałam podwójne „ja też” od osobników płci przeciwnej przebywających razem ze mną we wspólnym gospodarstwie domowym.

Czytaj dalej blizny.

nie musimy być szczęśliwi cały czas.

Zastanawiam się, co zmienia nas bardziej – czy ludzie, czy czas.

Żeby zrozumieć co tak na prawdę niektórzy wnoszą (czy też wynoszą) do naszego życia, potrzebujemy czasu. Bywa, że potrzeba na to kilku dni, miesięcy, a niekiedy musi minąć nawet dziesięć lat, żeby zdać sobie sprawę, że faktycznie, spotykanie poszczególnych osób na swojej drodze daje nam więcej, niż mogłoby się wydawać. Obserwuję i analizuję. Czasem opisuję. Człowiek nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Czytaj dalej nie musimy być szczęśliwi cały czas.

Dziewczyna Pirata

Kto powiedział, że urlop służy do wypoczynku ?

Fakt, zapomniałam o służbowej poczcie i pewnie po powrocie do pracy nie będę wiedziała gdzie jestem i co tam robię przez kolejne kilka dni, jednak odkąd zostałam matką obawiam się, że przez najbliższe lata wszystkie urlopy będą przypominać ten „macierzyński”. Nie wiem, kto pierwsze dwanaście miesięcy spędzone z nowonarodzonym dzieckiem nazwał urlopem, w każdym razie powinien jebnąć się w czoło.

Czytaj dalej Dziewczyna Pirata

odliczanie czas zacząć!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio urlop był prawdziwym urlopem, a wakacje..po prostu wakacjami. W sumie, mogę powiedzieć, że na wakacjach, o których teraz myślę nie byłam nigdy.

Gdy byłam mała, „All inclusive” fundowała mi babcia, a właściwie dziadek, bo to On jechał z delegacją do miasta autobusem jeżdżącym raz na dobę po to, żeby na drugi dzień wrócić ze słoikiem Nutelli i paczką herbatników.

Czytaj dalej odliczanie czas zacząć!

PMS

Jestem czarodziejką (swoją drogą, zawsze chciałam być, bo przecież wychowałam się na Sailor moon). Nawet, jeśli nie miałam czegoś w rękach, jestem w stanie tak to ukryć, że niewiele brakuje, żeby talerze w kuchni leciały w stronę podłogi, a szyby w oknach były na granicy roztrzaskania się na małe kawałki. Myślę, że nie jestem jedyną osobą posiadającą magiczne moce, znalazło by się pewnie kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt milionów kobiet dokładnie takich jak ja.

Czytaj dalej PMS

„noc kultury”

Obudziłam się rano i spojrzałam na zegarek. Było stosunkowo wcześnie, więc doszłam do wniosku, że spokojnie przez najbliższą godzinę mogę jeszcze nie wstawać. Zza drzwi co prawda wydobywały się już jakieś dźwięki, jednak nic nie wskazywało na to, żebym o ósmej rano była komuś potrzebna do życia. Sobota to taki mój ulubiony dzień, bo praca, którą muszę tego dnia wykonać należy do tych najprzyjemniejszych.

Przeleżałam więc jeszcze sześćdziesiąt minut na swojej bordowej, lekko spranej wersalce z szarą obramówką, żeby następnie zwlec się z niej i włożyć dżinsy w rozmiarze 40. Co prawda kupiłam je w szmateksie, jednak leżały idealnie i miały fajne suwaki przy kostkach. Wzięłam łyka herbaty z dzbanka stojącego na biurku – takiej zimnej, dobrze posłodzonej i z kwaskiem cytrynowym. Niestety kapeć w gębie okazał się większy niż się spodziewałam, zatem myjąc twarz lodowatą wodą, ową herbe poprawiłam kranówką. Podkresliłam dolną powiekę czarną kredką – jak zawsze na linii wodnej i byłam już prawie gotowa do wyjścia. Spakowałam jeszcze kilka rzeczy i dwie fajki, które zostały mi z poprzedniego wieczora wrzuciłam na dno sportowej torby wypełnionej po brzegi farbami i ołówkami. Teczka nie należała do najlżejszych, bo musiała pomieścić format 100×70, oczywiście egzaminacyjny.

Los chciał, że autobus, który przyjechał był niskopodłogowy – zredukowało to ryzyko upadku do minimum. Chwilę później już mnie nie było. Wyłączyłam się na najbliższe 4 godziny, bo wiedziałam, że im więcej metrów kwadratowych pokryję farbą, tym bliżej mi będzie do spełnienia marzeń.

Później dostałam chyba z liścia i się ocknęłam. To moje ulubione wspomnienie, za którym tęsknię prawie tak samo, jak za niepłaceniem rachunków. No dobra , fajki w cenie 5,90 też były całkiem spoko.

Młody przyszedł do mnie gdzieś koło siódmej, przytuliliśmy się, więc jednym słowem udało mi się wyegzekwować dodatkowe pół godzinki, zanim wylądowałam na podłodze u niego w pokoju razem z plejdo.

Nie spodziewałam się, że noc kultury to taka fajna noc. Nigdy mnie to nie jarało, jednak za namową sąsiadki wybraliśmy się w podróż wspólnie, z naszymi chłopakami. Mimo, że tłumy były dzikie, z twarzy nie schodził mi uśmiech, zwłaszcza kiedy w Portofino dokonałam odkrycia roku – lodów o smaku jagera z redbullem. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że ktoś wpadł na tak genialny pomysł a oczy świeciły mi się jak Frankowi na widok statków pirackich. Właściwie to te świeczki w oczach towarzyszyły mi przez cały wieczór, bo to, co trzylatek jest w stanie wyczyniać, nie mieściło mi się w głowie. Kocham ten luz i bezstroskę, która ich przepełnia. Na wszystko patrzyli z takim zaciekawieniem, że czułam się mega dumna, że pokazuję świat małemu człowiekowi. Zwłaszcza, że to co widział tak bardzo go cieszyło.

Przechodząc obok bramy Grodzkiej wszystko wróciło. To tam spędzałam każdą sobotę – 10 lat temu. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo za tym tęsknię i mimo, że minęło już tyle lat, w dalszym ciągu czułam klimat tego miejsca. Udzielił mi się do tego stopnia, że dziś pół dnia spędziłam w sypialni, wymachując ołówkami. Ten dźwięk tak mnie zrelaksował, że zapomniałam o całym świecie, do momentu aż syn zawołał mnie do toalety w wiadomym celu.

Na obiad zaserwowałam mu pierogi z biedry, a sama zjadłam pół ziemniaka popijając go butelką kefiru, po czym znów schowałam się na chwilę, żeby jeszcze przez jakiś czas wsłuchać się tylko w to drapanie po kartce.

Jak widać, nikt za wyjątkiem nieumytej podłogi nie ucierpiał, a niedziela zakończyła się w miarę spokojnie. Popołudnie spędziliśmy na dworze, więc w tej kwestii nic się nie zmieniło. Brakowało mi tej pauzy. W tej chwili już wiem, że niektórych rzeczy się po prostu nie zapomina. Zanim skończę, minie pewnie jeszcze trochę czasu (swoją drogą już wiem, dlaczego tego nie robiłam – zawsze było coś -coś ważniejszego, coś co nie mogło czekać, a właściwie wydawało mi się, że nie mogło), jednak teraz już wiem, że warto olać niektóre sprawy tylko po to, żeby położyć się spać ze świadomością , że zrobiło się coś fajnego, dla siebie. Ja tą świadomość mam i wiem, że to był dobry dzień, który zwiastuje jeszcze lepszy tydzień.

Dobranoc.

Ps – wilk też tu zawita, brakuje mu jeszcze tylko trochę tła.

Matki

Odkąd pamiętam, a pamięć mam nadzwyczaj dobrą, moja mama zawsze była dla mnie… zwykłą mamą. To, że znała odpowiedź na każde moje pytanie, wielokrotnie przewidywała przyszłość (zwłaszcza poznając każdego kolejnego faceta, którego przyprowadzałam do domu), czy ogarniała praktycznie wszystkie prace domowe od sprzątania, po wymienianie zawiasów w szafkach, na obcinaniu głowy wigilijnemu karpiowi kończąc – To wszystko zawsze było dla mnie oczywiste, bo przecież kto miałby robić takie rzeczy, jeśli nie ona.

Nie uwzględniam tu ojca ze względu na to, że owszem był obecny w naszym życiu od narodzin po dzień dzisiejszy, to jednak w okresie, kiedy nasza czwórka wyrastała na lepszych lub gorszych ludzi – był za granicą, oczywiście po to, żeby wrócić raz na kilka miesięcy z wielką torbą niemieckich czekolad i żelków.

Moja mama, to taka typowa mama, jak z tych memów – teksty typu „traktujesz dom jak hotel”, „jeszcze tu nasrać na środku dywanu”, „bo nie”, „ty nie jesteś każdy” i wiele, wiele innych, to chyba już norma u wszystkich matek, nawet w dzisiejszych czasach. Ostatnio nawet zauważyłam, że mówię dziecku to samo, co kiedyś irytowało mnie – jak widać, karma wraca.

Kolejny temat to wszystkie niedojedzone kanapki, zupy, skórki od chleba, czy nawet rodzynki z ciasta – to chyba jakaś kumulacja tego, czego ja nie trawiłam w dzieciństwie. I do tej pory dziwiłam się, jak można się wkurwiać robiąc jeden obiad. Do czasu,aż sama nie zagrałam głównej roli. Niby zwyczajne mielone z ziemniakami nie powinny człowieka wyprowadzić z równowagi. No chyba, że jedno chce kotleta bez sosu, drugie bez buraczków, trzecie z tartymi ogórkami kiszonymi, a czwarte dla odmiany zamiast mięsa poprosi o jajko sadzone. I tak codziennie. Jedynie pomidorowa pozostaje bezkompromisowa od lat.

Ja swoją darzę ogromnym szacunkiem, bo to nie lada wyczyn wychować dzieci bez internetu, Facebooka i niezastąpionego forum dla mam. Bez zakupów online, tabletów, YouTubea, a nawet pampersów czy laktatora elektronicznego, niani, szumisia, butelek antykolkowych i niemieckich kropli działających cuda w przypadku kolek.

W dzisiejszych czasach wszystkie matki są takie najmądrzejsze. Najbardziej doświadczone, wiedzą wszystko i fakt, jedna rzecz się nie zmienia – znają rozwiązanie każdego wychowawczego problemu. Zwłaszcza, kiedy ów problem nie dotyczy ich dziecka.

Zastanawiam się, dlaczego długo nie zdawałam sobie sprawy, że mama to też KOBIETA. Też ma gorsze dni, miesiączkę, tyle samo buzujących hormonów, chodzi do pracy, która niejednokrotnie wyprowadza z równowagi, płaci rachunki i potrzebuje czasem wyjść z domu sama, a to wszystko tak, żeby każdy był zadowolony. Zawsze zdawało mi się, że ona po prostu jest i będzie nieważne, co by się działo. Rzadko widziałam ją chorą, co nie zmienia faktu, że widziałam jak płacze. Z tym, że wtedy myślałam, że pewnie złapała jakiegoś chwilowego doła, który na pewno zaraz przejdzie, a o co chodzi – raczej nie wnikałam. Charakter mamy podobny, więc zazwyczaj i tak było słychać co jest nie halo i o co właściwie chodzi.

Musiało minąć dwadzieścia parę lat, żebym poczuła na własnej skórze jak to jest. Nie wierzę w magię Instagrama, bo jestem pewna, że idealnych kobiet po prostu nie ma. Cały ideał macierzyństwa nie tkwi w pięknych ubrankach, wiecznie uśmiechniętych dzieciach które oczywiście nie wiedzą co to płacz. Nie wiem, kogo te laski chcą przekonać do tego, że dom zawsze może być czysty a one pachnące, wydepilowane i ze świeżą hybrydą na paznokciach. Być może to nowa polityka prorodzinna – ajdonoł.

Sęk tkwi w tym, że ten sajgon jest na swój sposób fajny. Kiedy wracam z pracy, to wiem, że czeka na mnie mały człowiek, który kilka godzin wcześniej żegnał mnie tekstem „ładnie wyglądasz” nawet, jeżeli tyłek wylewa mi się z dżinsów, a włosy umyłam jedynie suchym szamponem. Plusem są też serca z plasteliny, które mega mnie rozczulają. Prawie tak samo, jak zwiędnięte mleczyki.

Jestem przede wszystkim kobietą. Mam kompleksy, jednak to akurat jest sprawa indywidualna, bo każda z nas nad czymś ubolewa. Brzuch zdobią rozstępy, uda cellulit a jeden cycek jest o pół rozmiara większy od drugiego. Mam też dobre strony, bo jak twierdzi syn – jestem fajna. Skoro mówi, że mnie lubi, to znaczy, że jestem całkiem spoko mamą. Być może taką samą, jaką moja była i jest dla mnie. Tego w sumie jestem pewna, bo moja jest najlepsza. Każda z nas dla kogoś będzie najmądrzejsza. Będzie miała najładniejsze włosy, oczy, uśmiech, czy nawet ten nos, który reszcie świata będzie przypominał kartofel.

W tej chwili to ja odpowiadam na pytania, gotuję dwa obiady, opowiadam bajki i kupuję kolejny strój superbohatera do kolekcji.

Mimo wszystko mam też czas, żeby zająć się sobą, zrobić rzęsy, pójść na pilates, czy wejść na bloga. Skoczyć na lody, na spacer SAMA, jak człowiek, bo przecież wciąż nim jestem, a matka – to tylko taki zawód, z dożywotnim etatem. Szkoda, że często mylony jest z „ograniczeniem” normalnego życia.

Dzień maja!

Kiedyś już pisałam, że do niedziel mam sentyment. Zwłaszcza do takich, kiedy nie muszę nic. Najbardziej lubię te słoneczne – dokładnie takie, jak ta.

Młody ogólnie jest mało wymagający, zaczynając od posiłków, zabawy, ubrań, a kończąc na formach rozrywki. To nie jest tak, że mu się nie nudzi – bywa, że LEGO, Play doh, kredki, ani nawet kolekcja filmów Disneya(ba, cały Netflix jest do bani) nie są w stanie zająć go na dłuższą chwilę. W tym akurat nie widzę nic dziwnego – jest trzylatkiem, który z dnia na dzień się zmienia, czasem mam nawet wrażenie, że jego postrzeganie świata obraca się o 180 stopni w stosunku do dnia poprzedniego.

My sami uczymy się od niego co raz to nowych rzeczy – dziś na przykład dowiedziałam się, jak wyglądają „lody pirackie” (gdyby ktoś nie wiedział – to te w czarnym wafelku, o smaku gumijagòd, cokolwiek to oznacza). Sama nigdy bym na to nie wpadła, nie miałabym nawet na nie ochoty,a jednak mimo wszystko „mamo, te pirackie lody są świetne”, to dla nich najlepsza recenzja. Kolejny dowód na to, że dzieciakowi można zrobić dzień za 5,50 (matce za 8 Zeta, bo w Portofino akurat mieli Rafaello z jagodami i słony karmel).

Kiedyś nad zalew jeździłam na randki, z winem/czterema piwami i kocem, ewentualnie z kumplem i butelką ginu, co by zatopić wszelkie smutki i całe zło, które mnie spotkało. Dziś to przygoda życia, najcudowniejsze miejsce na naszej mapie świata, a już na pewno dla naszego małego pirata, który w ciągu godziny chyba ze czterdzieści razy powtórzył MAMO, ALE TU JEST SUPER ( co z tego, że w tamtym roku bardziej skupiał się na tym, że bolą go stopy i ogólnie to raczej woli na rączki). Przez chwilę zastanawiałam się nawet, co mogą myśleć sobie ludzie, kiedy słyszeli te wszystkie okrzyki zachwytu nad zasyfionym zbiornikiem wodnym. W dodatku sztucznym. Że dziecko biedne, pewnie cały czas siedzi w domu, że to na pewno jego pierwszy raz, bo ów zachwyt był na prawdę przeogromny. Boję się pomyśleć co będzie, kiedy pokażemy mu morze.

Kolejna rzecz, na którą bym nie wpadła, jest dzisiejszy powód do świętowania. Przed południem syn zaprosił mnie do sypialni i zapytał, czy będę z nim dziś świętować. Zgodziłam się od razu, a kiedy zapytałam, co konkretnie, uzyskałam jasną i klarowną odpowiedź – DZIEŃ MAJA. Także dziś, dnia dwunastego mamy święto. Myślę, że warto wpisać je do kalendarza, bo poza odgórnym zakazem handlu jest jeszcze jedna ważna rzecz – RODZINA. Ktoś mądrze pomyślał, zamykając sklepy na ten jeden dzień. Nie obyło się bez chaosu – dokładnie pamiętam te pierwsze, jeszcze w tamtym roku. Setki zagubionych ludzi, którzy na prawdę nie wiedzieli co ze sobą zrobić.

Pracowałam w galerii przez dłuższy czas i niejednokrotnie miałam przed oczami obraz kobiety z większą lub mniejszą grupką dzieci, które wręcz prosiły ją o powrót do domu, bo są zmęczone, albo po prostu chcą już iść na dwór. Każdy weekend – te same twarze, ten sam zakupowy szał, chociaż często widziałam takich, co spędzali całe dnie na spacerowaniu po sklepach chyba tylko dla sportu.

Tym oto sposobem dziś cała Plaza, Tarasy zamkowe, Felicity, Olimp i Skende przeniosły się nad Zalew Zemborzycki. Jeżeli którejś ze świątyń nie wymieniłam – sorry, jestem świadoma tego, że wiele rzeczy mnie omija. Często sama puszczam to bokiem, bo wiem, że więcej szczęścia mojemu dziecku da godzina na placu zabaw czy na spacerze, niż cztery spędzone w galerii handlowej. Mam nadzieję, że nie tylko ja zdaję sobie z tego sprawę.

Nie muszę nawet pytać, czy było fajnie, czy mu się podobało – wystarczy, że długą kąpiel zamieniliśmy dziś na szybki prysznic, kolacja, która zazwyczaj wyjmuje nam z życiorysu godzinę, została pochłonięta w 5 minut, a proces usypiania został zakończony sukcesem, zanim jeszcze zdążyłam policzyć do dwudziestu (często gubię się przy tysiącu baranów, sama padając jak śledź). To wszystko zwieńczyło jedno magiczne zdanie – LUBIĘ CIĘ MAMO, wypowiedziane praktycznie przez sen.

Nic dodać, nic ująć
Najlepszy dzień maja ever.