karma

Od dłuższego czasu w naszym domu trwa konflikt na linii ja – mąż. Powód jest może błahy – ów osobnik notorycznie zarzuca mi, że głodzę psa. Ja zaś cały czas utrzymuję wersję, że nie karmię suki tylko i wyłącznie dlatego, że doskonale zdaję sobie sprawę, że kiedy PAN wróci z pracy, uzupełni wszelkie braki pokarmu niezależnie od tego, czy zrobiłam to godzinę wcześniej, czy nie.

Czytaj dalej karma

charaktery

Niektórzy mówią, że charakter człowieka zmienia się średnio co siedem lat. Gdybym te słowa miała odnieść do swojej osoby, akurat na chwilę obecną przypadał by czas mojej kolejnej, wewnętrznej przemiany. Z czwórki wskoczyłabym na spokojną, w miarę ułożoną piątkę z konkretnymi planami na przyszłość.

Czytaj dalej charaktery

świąteczne memory

Nic mnie tak nie irytuje z rana, jak darcie japy z pokoju obok. Człowiek próbuje odespać wszystkie troski z nadzieją, że chociaż ten jeden dzień w roku okaże się być dla niego łaskawy. Nic bardziej mylnego! Zwłaszcza, kiedy zrywam się tylko po to, żeby za chwilę pędzić do sklepu po puszkę groszku konserwowego, jajka i bułkę tartą. Z dwojga złego wolę w ten sposób okazać wsparcie mamie, która po raz kolejny dostała zjebę, bo przecież ojciec „ostatni raz wyszedł z domu!” – niż słuchać tego jarmolenia pod nosem okraszonym wąsem. Powinna się cieszyć kobita, że ma nas czworo – zawsze znajdzie się jakiś jeleń, który skoczy do Stokroty po „przypomniałomisię”.

Czytaj dalej świąteczne memory

Małpolatki

W miesiącu mam średnio 6-7 (w porywach do 28miu) takich dni, że po prostu wymiękam. Wysiadam, w myślach wielokrotnie wyskakuję przez okno, nawet nie z własnego domu, a z tego w pracy – w końcu parter nijak nie równa się z dziesiątym piętrem naszego biurowca. Nie jestem sama, bo każda „normalna kobieta” nadaje na podobnych falach zwłaszcza, kiedy czasy beztroski i nocy nieprzespanych wyłącznie z powodu imprez już dawno minęły.

Ja mam o tyle sporo szczęścia, że decyzja o założeniu rodziny była świadoma. Franek jest dzieckiem, którego oboje chcieliśmy, chociaż jak każdy świeżo upieczony rodzic zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Mimo wszystko, nigdy nie pomyślałam, że wydarzyło się to za wcześnie, albo co gorsza, że był to błąd.

Powoli uczę się ponosić konsekwencje swoich wyborów, które nie zawsze są dla mnie w pełni oczywiste. Bywało, że byłam już blisko, żeby zjebać sobie życie – los chciał, że cały młodzieńczy bunt trwał dosyć krótko, bo praktycznie odkąd skończyłam osiemnaście lat, byłam sobie wiatrem, sterem i okrętem. Wyprowadzając się z domu nie osiągnęłam w pełni statusu kobiety dorosłej, wyzwolonej i samodzielnej, jednak to w dużej mierze sprawiło, że tyłek, który zdobi cellulit, jest dosyć twardy, jak na moje 28 wiosen.

Niestety nie znam osoby, która w wieku kilkunastu lat za największy autorytet uważa/ła swoich rodziców. Mam jednak nadzieję, że tacy istnieją, bo nie ukrywam, że chciałabym zrobić wszystko, żeby syn czuł respekt i darzył nas zaufaniem nieważne, czy to w wieku 12 czy 32 lat. Sama jeszcze jakiś czas temu byłam pewna, że wszystko, co próbują mi wbić do łba starzy, to ściema, bo co oni tak na prawdę mogą wiedzieć o moim świecie. Dopiero później okazało się, że mój świat, kiedyś był także ich światem. Dziwne.

Źródło wszystkim znane.
Źródło wszystkim znane.

„Co za ponury absurd, żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem”

Być może dlatego nie skończyłam studiów, ba, być może dlatego nie poszłam do zawodówki, nie wybrałam innego kierunku, wyjechałam i wróciłam, poszłam do tej a nie innej pracy. Bo byłam głupia ? Raczej wiedziałam za mało. Do tej pory nie mam pojęcia, co tak na prawdę chciałabym robić w życiu – czego więc miałam oczekiwać dziesięć lat temu? Poważnych decyzji, które dobrze zaowocują na przyszłość, skoro zaledwie piętnaście minęło odkąd przestałam się kochać w tym emo z Tokio Hotel (czy K-Maro, który był moim idolem, a teraz świat już raczej zapomniał o jego istnieniu) – chyba nie.

Musiało minąć dziesięć lat, abym zrozumiała, że po to właśnie są dorośli.

Żeby ich nie słuchać. Spieprzać, kiedy próbują nas chronić przed całym złem tego świata.

By iść swoją drogą, zupełnie inną niż ta, którą nam doradzają. Tylko i wyłącznie po to, żeby się cofnąć i stwierdzić, że faktycznie, łatwiej byłoby skręcić w prawo.

Rzucić szkołę, kiedy oni mówią, że to zły pomysł. Później żałować, że w biedrze na kasie jest chujowo, a mogłam przecież zostać tym grafikiem pod warunkiem, że kompa odpalałabym nie tylko w celu spędzenia nocy na GG.

Dostać w ryj, a później po dupie od kogoś, komu przecież można było ufać. A wystarczyłoby uwierzyć w siebie i znać swoją wartość.

Wypić tyle wódy, żeby stracić przytomność i obudzić się w rowie z połamaną szczęką. O dziwo, nie przyjaciel od flaszki wezwał pogotowie.

Spojrzeć na ścianę, którą zdobi kilkanaście medali tylko po to, żeby uświadomić sobie, że to już przeszłość. Swoją drogą piękna.

Wiać z lekcji dla kilku motyli w brzuchu, po czym każdą noc smarkać w poduszkę w obawie o jutro. Najgorzej, że nie tylko swoje, ale tych brzdąców, które drzemią tuż obok.

Mogłabym wymieniać do rana.

Nie znam osoby, która zechciałaby uczyć się na czyichś błędach. Zwłaszcza, kiedy owa osoba za szczyt swojej dorosłości uważa dowód osobisty w portfelu. Kiedyś już chyba nawet o tym pisałam, nieważne.

Mimo wszystko, nie chciałabym cofnąć czasu. Każdy dzień czegoś mnie uczy. Być może najlepsze / najgorsze dopiero przede mną.

Ze specjalną dedykacją, dla moich sióstr, wszystkich.