słodkie cytryny

Kiedy po raz drugi wsiadałam do pociągu ze swoją teczką, byłam przekonana, że to pociąg do lepszego życia. Egzaminy były pojebane, a ja na tyle młoda, zdezorientowana i naiwna, że je oblałam.

Nie wiem, co właściwie sobie myślałam idąc z kilkoma arkuszami papieru i torbą z farbami do Akademii Sztuk Pięknych. Już sama nazwa brzmiała tak dostojnie, że na samą myśl, że miałabym dołączyć do tych wszystkich kolorowych ludzi, w dziwnych spódnicach, często przetłuszczonych włosach i plecakach ujebanych farbą olejną (nie szufladkuję) – miałam w brzuchu motyle.

Niestety, odpowiedź, że „po prostu lubię i chcę to robić” nie wystarczyła, żebym została jedną z trzydziestu wybranych. Nie muszę oczywiście mówić, że rodzice poniekąd cieszyli się takim obrotem sprawy, nieświadomi, że wkręciłam się w ten Poznań i z listy rezerwowej trafiłam na architekturę, cała w skowronkach. Dziś wiem, że nie pasowałam ani tu, ani tu.

Nie tylko ja w mojej rodzinie miałam takie marzenia. Kiedy mama oświadczyła swojemu ojcu, że chce iść do liceum plastycznego, usłyszała, że nie ma nawet takiej opcji (wiem, że było to dla niej gorsze, niż dostać z liścia). Tym o to sposobem, po ogólniaku wylądowała na poczcie, podtrzymując rodzinną tradycję. Ja byłam w o tyle lepszej sytuacji, że zamiast zakazów słyszałam jedynie obiekcje, które mogłam po prostu mieć w dupie. Rodzice zdawali sobie sprawę, że musieliby mnie przypiąć do kaloryfera, żebym nie dotarła na miejsce.

To, że gdybym skończyła politologię albo jakieś zarządzanie, którego kompletnie nie rozumiałam i nie chciałam rozumieć, ojciec na pewno załatwiłby mi pracę też przewijało się wielokrotnie. Jeszcze niedawno słyszałam,zwłaszcza, kiedy był najebany, że gdybym nie była tak uparta, żyłabym lepiej. Mając dwadzieścia osiem lat mogłabym już w sumie być po trzech kierunkach, z ciepłą posadą i umową na czas nieokreślony.

Ja zaś honorowo wybrałam pracę w supermarkecie, rodzinę i kredyt hipoteczny. Z jedną tylko różnicą (kluczową) – wszystko, co mam, to efekt ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń. Długo nie przyznawałam się, że na studiach dorabiałam w pizzerii, za pięć zeta na godzinę.

Biorąc zaliczkę i kupując w tesko szalik za 6 dych (!!!!!) czułam powiew luksusu.

Już od dzieciaka byłam specyficzna. Raczej nie lubiana, a może po prostu nie dostrzegana ( z drugiej strony, jak można nie lubić kogoś, z kim zamieniało się jedno zdanie w roku?). Często byłam tłem dla ładniejszych koleżanek, do chwili, kiedy poznałam innego człowieka, rówieśnika, który zauważył, że urosły mi cycki, mam ładne oczy i zapewne bogate wnętrze. Chyba w wieku dziesięciu/jedenastu lat zaczęłam istnieć, przyjaźnić się z więcej niż jedną osobą, rozmawiać, śmiać się. Plusem jest to, że niektóre przyjaźnie przetrwały do dziś. Długo nie wierzyłam w siebie. Pamiętam swoje dziewiąte urodziny, tort, szampana Piccolo i słodycze, choinkę w tle i jedną z koleżanek z klasy, bo niestety wszystkie inne mnie olały. Można się było tego spodziewać, jednak do końca wierzyłam, że będzie nas więcej. Być może jednym z powodów było to, że matka urodziła mnie w ostatni dzień w roku i rodzice bardziej kombinowali, jak sprzedać dzieciaka dziadkom, żeby samemu oddać się szampańskiej zabawie, niż latać za kubkiem czy piórnikiem dla Kaśki Michalak.

Po co o tym wszystkim piszę?

Być może dlatego, że nie tylko ja tak mam.

Musiało minąć na prawdę sporo czasu, żebym nabrała pewności siebie.

Musiałam usłyszeć od kilkudziesięciu osób, że to, co piszę jest fajne. Że dobrze się to czyta. Że rysunki tworzone na kolanie są spoko.

To, że dla jednego małego człowieka jestem słodka, fajna i najlepsza na świecie, też ma tu kluczowy wpływ na całą sytuację. Dodaje mi poczucia własnej wartości, bo przecież jestem jedyną mamą, innej już miał nie będzie, a jak wiadomo, nie ma nic cenniejszego dla dziecka, niż rodzice. Nawet, jeśli owe dzieci zdają sobie z tego sprawę po dwudziestu latach.

Teraz, kiedy słyszę, że coś, co robię jest chujowe – nie płaczę, tylko w myślach powtarzam „pocałuj mnie w dupę”.

Zastanawiam się, czy sformułowanie „zmarnowałaś się” rzeczywiście dotyczy mojej osoby. W Sylwestra skończę 28 lat, mam dom, fajną rodzinę i trochę zdrowia. Nie jestem ofiarą przemocy domowej i mam co jeść. Być może ostatnio za mało skupiam się na sobie, jednak między innymi dzięki tym wszystkim ludziom, którzy mnie otaczają wiem, czego chcę. I jestem pewna, że zależnie od tego, jakie decyzje podejmę, będę miała wsparcie.

Nigdy bym nie pomyślała, że dopiero przed trzydziestką dotrze do mnie, co tak na prawdę chciałabym robić w życiu. Pierwszy raz jestem w stu procentach pewna, że kierunek studiów, który mnie interesuje to ten, który będę chciała skończyć z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie dlatego, że wypada, a dlatego że chcę . Nawet, jeśli miałabym to zrobić za osiem lat. Zawsze myślałam, że po skończonej maturze jedyną słuszną drogą jest uniwersytet. Jak widać, nie była to moja droga. Gdzieś przeczytałam, że dzieci są jak różne gatunki drzew – każde z nich dojrzewa w odpowiednim dla niego momencie i nie powinno się ich porównywać. Z dorosłymi jest podobnie.

Myślę, że dziś jestem we właściwym miejscu. Otaczają mnie fajne, mądre osoby. Sama dobieram sobie przyjaciół. Takich, z którymi nadajemy na tych samych falach, a czasem siedzimy nawet razem w jednym gównie.

Być może za miesiąc/rok będę już gdzie indziej. Zmiany są potrzebne.

Słodkie cytryny mówi się, kiedy mówimy, że wolimy rzeczy, które są, a nie o których śnimy

2 myśli w temacie “słodkie cytryny”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *