punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Sierpień ostatnimi dniami zalatuje trochę jesienią. Być może dlatego też nastrój powoli robi się taki „jesienny”. Kiedy parę dni temu wstawałam po szóstej (właściwie to usiłowałam zwlec się z łóżka wkurwiona, że sen trwał osiem minut), brałam szybki prysznic i suszyłam włosy tylko po to, żeby napadał na nie deszcz, syn przebudził się szczęśliwy i pierwsze co zrobił, to poszedł sprawdzić, czy kalosze stoją na swoim miejscu. Spytał, czy tata też ma gumiaki i czy hulajnogą można jeździć po kałużach. Był tak zafascynowany szarówą za oknem, że przez chwilę pozazdrościłam mu tego nastawienia. W końcu pogoda jest ZAWSZE, tylko czasem świeci słońce, a czasem leje.

Dzieli nas ponad dwadzieścia lat, a ja od niespełna czterech staram się jak tylko mogę zrozumieć świat, który widzi ON. Teraz już wiem, że „mamo, pobawisz się ze mną?” ma swój głębszy sens, w rzeczywistości oznaczając „zostaw ten telefon, usiądź koło mnie, stęskniłem się i Cię potrzebuję”. Nie jestem w stanie nie zaśmiać się, kiedy po przytulaniu muszę skoczyć do toalety, na co młody rzuca do mnie „mamo, ale nie opuszczaj mnie”. Zeszczyj się, ale nie opuszczaj.

Jak bardzo ja chcę wejść w Jego buty, tak nie zawsze junior rozumie (ma czas, żeby to zrozumieć/tego też mu zazdroszczę), że są dni i problemy powodujące ból głowy, który nie do końca jest w stanie wyleczyć buziak w czółko. Na prawdę, często wystarcza i to, jednak momentami i mnie dopadają chwile słabości. Myślę, że to kwestia tego, że ja również jestem tylko człowiekiem. Praktycznie co wieczór cieszę się, że już zasnął, a ja w spokoju mogę pozbierać myśli (wziąć szybki prysznic i pójść spać punkt 22ga, żeby jakoś się zregenerować, w pełni świadoma, że czeka mnie marsz do pokoju obok koło 23ciej). Oczywiście, że mam wyrzuty sumienia z powodu tego, że mam dość. Że On chce mnie mieć przy sobie jak najwięcej a ja, jak mogę w ogóle chcieć wypić kawę, zwłaszcza tuż po powrocie z pracy?

Nie chcę już oceniać ludzi. Jestem na to za bardzo nieidealna. Zazwyczaj obserwuję i siedzę cicho w chwilach, kiedy może wypadałoby krzyczeć (?)

Biorę do ręki telefon i co widzę?

Szczęśliwą matkę, która wrzuca milion zdjęć swoich dzieci otagowując je na wszystkie możliwe sposoby. Nawet, jeśli po powrocie do domu facet ma ją w dupie chociaż bardzo by chciała, żeby na nią spojrzał, powiedział coś miłego, albo przeleciał jak kiedyś bez słowa i wcześniejszego „umawiania się”, bez konieczności wyczekiwania na odpowiedni moment.

Chłopaka, który w ciągu roku już pięć razy zmieniał auto, które jak twierdzi jest jego jedyną miłością, idealną i w ogóle niepodważalną. Mimo, że nie jest to pierwsza miłość, bo ta z kolei olała go kilka miesięcy temu, zostawiła dla jakiegoś dupka, który ma hajs, będący pewnie jego głównym atutem.

Drugiego, który za cel obrał sobie spontaniczne podróże i imprezy, na które go stać, więc nie ma raczej przeciwwskazań żeby relacjonować to wszystko na instastory. Proste, że wolałby Barcelonę z byłą żoną, może nawet z córką, która byłaby równie piękna. Swoją drogą Ibiza z kumplem też jest spoko, all inclusive.

Parę, która kilka tygodni temu wzięła ślub mimo, że On właściwie wcale nie jest święty i na pewno będzie ją zdradzał bo jest brzydka. Zrobi jej dziecko, bo ona tego chce, co w sumie będzie mu na rękę, bo będzie mógł kontynuować tryb kawalerski, chowając obrączkę do portfela (wartą tyle, co te drobne). Uśmiech numer cztery.

Dlaczego ona tak przytyła? Pewnie non stop coś żre, nie wie co to rower, a zresztą co ta laska może wiedzieć o zdrowym trybie życia, skoro jej plan dnia ogranicza się do pracy, dziecka i placu zabaw? O dziwo, nie wrzuca zdjęcia tabletek – trzech przed snem i jednej, najważniejszej, traktowanej jako pierwsze śniadanie – w końcu to nie takie śniadania są teraz w modzie. Mała, biała pigułka nijak się ma do owsianki z bio maliną i bio jeżyną prosto z ogrodu z podlubelskiej wsi.

Uwielbiam filmy z Robinem Williamsem w roli głównej. Do niektórych wracam po kilkanaście razy i jestem pewna, że nigdy mnie nie znudzą. Mimo, że postrzeganie tego człowieka na przestrzeni ostatnich kilku lat (właściwie od czasu, kiedy odebrał sobie życie) się zmieniło, to wciąż śmieję się i płaczę widząc Jumanji, Panią Doubtfire czy Patcha Addamsa. Nie widzę już tylko komika i świetnego aktora, a człowieka, którego zna ćwierć świata, a mimo wszystko w ostatnich chwilach życia doskwiera mu obrzydliwa samotność i brak zrozumienia. Nie jest jedyną osobą, która z uśmiechem na twarzy traciła resztki nadziei zjadana przez depresję. Nie muszę szukać nie wiadomo gdzie, bo sama kilka miesięcy temu zastanawiałam się jak to jest, że na pogrzebie młodego człowieka pojawiają się setki osób, a w chwili, kiedy potrzebował jednej, dwóch, pięciu – był sam.

Za często widzimy to, co chcemy widzieć. Słabo, że równie często pokazujemy tylko to, na co fajnie się patrzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *