Odpalam fejsa – widzę kwiatki. Scrolluję insta, podziwiając czerwone róże, pluszaki, miliony serduszek, brokatu i dziesiątki relacji, które pokazują jak bardzo jesteśmy szczęśliwi. I zakochani. Dziś szczególnie, bo przecież w ten wyjątkowy, pochmurny i deszczowy dzień chcemy pokazać wszystkim, jak bardzo się kochamy, że nie jesteśmy sami,albo chociaż to, jak zajebiście jest wyjść na miasto i zjeść WALENTYNKOWĄ kolację. Ostatecznie, wrzucamy fotę walentynkowego kota tudzież psa. Fajnie.

Fajnie, że jedno z komercyjnych świąt ma swoje miejsce akurat w lutym, bowiem zmiany klimatyczne chwilami doprowadzają mnie do stanów depresyjnych. Grunt, że Holandia zasila nasze kwiaciarnie, Lidle i Biedronki – dzięki temu w dni jak ten, mogę sobie popatrzeć na żywe kwiatki. Nie ma w tym nic dziwnego – social media towarzyszą nam od rana, do późnych godzin nocnych, z małą przerwą na sen. Tylko od nas zależy, jak wiele chcemy pokazać. Lubimy się pokazywać. Lubimy też obrabiać dupy ładniejszym koleżankom, więc wszystko w przyrodzie się wyrównuje.

Ku mojemu zdziwieniu, nawet NETFLIX aż kipi od różu i czerwieni. Wczoraj, chyba chcąc wkręcić mnie w ten klimat (?) mąż zafundował mi wieczór z komedią romantyczną dla nastolatek, z Azjatką w roli głównej. Było tak klimatycznie, że po pół godziny wymaszerował do sypialni, przytulić kołdrę, która kocha Go miłością wielką, z wzajemnością of kors. Ja, Dinozaur, ze świeczkami w oczach strzeliłam sobie półtorej godzinki miłosnych perypetii prosto ze szkoły średniej. Ot tak, w dziesiątą rocznicę Balu Studniówkowego, zupełnie przypadkiem. To był dobry czas, chociaż gdybym sama miała wybierać repertuar, odpaliłabym starą, dobrą „Szkołę uczuć”.

Na domiar złego, ów małżonek przyniósł mi zdrapki zatytułowane „I LOVE YOU”, gdzie nie wydrapałam nawet złamanego grosza. Nie dość, że to ajlowju mogłam wsadzić sobie w dupę, to w dalszym ciągu czeka mnie los dziada.

W jednym z pudełek w sypialni do dziś trzymam pocztówki. Lubię te sentymenty. Nie ma nic fajniejszego, niż dostać kartkę od kogoś, kto na co dzień powoduje, że tętno wzrasta w ekspresowym tempie. Nawet, jeśli po kilkunastu latach ten ktoś będzie już tylko kawałkiem papieru, na który spojrzę czule. Nie wiem, czy szkoły praktykują te zwyczaje do dziś (mam nadzieję!), jednak kiedy wspomnę czerwoną, obklejoną serduszkami skrzynkę stojącą na korytarzu, już zawsze wywoływać będzie ona uśmiech na mojej twarzy.

Pamiętam nasze pierwsze „Walentynki”. Nic specjalnego poza tym, że w zamian za pluszowego pieska powtarzającego „I love you” podarowałam mojemu nowemu chłopakowi sweterek. Nie byle jaki – elegancki, w czarno-szaro-błękitne paski. Dokładnie taki, w jakim Go widziałam. Podkreślam : JA Go widziałam.

Znaliśmy się dosłownie chwilę. Poza tym, że nadawaliśmy mniej więcej na tych samych falach, praktycznie nic o sobie nie wiedzieliśmy. Nie przeszło by mi przez myśl, że mój boyfriend o wiele bardziej ucieszyłby się z ogromnej czekolady, a kiedy już koniecznie chciałabym zasilić Jego garderobę o kolejny element, powinnam raczej wybrać jakiś skateshop.

Swoją drogą, dorosły, poważny (bo starszy ode mnie o cztery lata) facet powinien od czasu do czasu wskoczyć w koszulę, więc na prawdę nie rozumiałam, co mu kurde w tym pulowerku nie pasowało. Mimo wszystko stwierdziłam, że dam mu szansę, w końcu to tylko głupie święto „zakochanych” a my byliśmy wtedy w sobie co najwyżej zauroczeni.

Dziś już tradycyjnie, jak co roku, dostałam od tego chłopaka zestaw lowelasa – czekoladki plus kwiatki. Czasem dorzuca jeszcze butelkę wina, jednak dziś odpuścił, chyba ze względu na jutrzejszą pierwszą zmianę. Nie będę przecież chlać sama, co nie ?

Tak na prawdę nigdy nie powiedziałam mu, jakie kwiaty lubię i czy w ogóle lubię. Tradycyjna czerwień – spoko, róż – też ujdzie, białe – kojarzą mi się trochę z uroczystościami pogrzebowymi, żółte z kolei są mi po prostu obojętne. Jestem pewna, że stary nie kierował się kolorem, a jakością i wyglądem ogólnym – żółte zapewne były dziś w najlepszym stanie. Tym oto sposobem komodę w salonie ozdabiają dziś róże żółto-obojętne. Zaskoczył mnie, więc w sumie zamierzony cel został osiągnięty. Mi było miło, On zaś w zamian otrzymał trzy mielone z buraczkami, które wywołały na Jego twarzy uśmiech podobny do mojego.

To nie jest tak, że jestem kompletnie wypompowana z uczuć, bojkotuję wszystko co wiąże się z amerykańskimi zwyczajami, a na randki nie chadzam bo nie lubię. Lubię. Lubię dostawać prezenty, kwiatki, słodycze, lubię miłe słowa i doceniam te drobne gesty. Staram się patrzeć szerzej i doceniać wiele więcej, niż bukiet kwiatów. Cieszę się, że u swojego boku mam kogoś, z kim mogę się wkurwiać, śmiać, płakać, jeść śniadanie, pić herbatę, oglądać głupoty, przeprowadzać ostre wymiany zdań, które zazwyczaj i tak brzmią komicznie.

Facet, który mi towarzyszy nie nosi sweterków, nie śpiewa serenad i mimo, że próbował, nie odpala świec do kolacji.

Próbował, bo któregoś razu chcąc mnie zaskoczyć, przyniósł do domu sushi, jakieś dziwne wino i komplet podgrzewaczy zapachowych, które miały zrobić klimat. Cały wieczór śmialiśmy się, że jemy surowe mięso z ryżem, które w smaku przypominało trochę pasztetową. Romantyczna kolacja szybko zmieniła się w komedię, gdzie prawie rzygamy, wpychając do gęby widelcem kolejne kawałki tej jakże ekskluzywnej potrawy. W salonie, przed TV, w półmroku, z otulającym nas zapachem wanilii unoszącym się znad świeczek dusiliśmy się ze śmiechu, oczywiście po cichutku, bo w pokoju obok spał junior.

Dziś jest inaczej, bo znamy się na wylot. Mamy swoje smaki, swoje zwyczaje, które sami sobie „wyrobiliśmy”.

-Stary, a wiesz, że jutro Walentynki?

-No wiem, opłaciłem Ci domenę i hosting.

Dla mnie to coś więcej, bo wiem, że wspiera mnie w tym, co lubię. To bardzo ważne, żeby nie powiedzieć najważniejsze. Cieszę się, że na takich fundamentach to wszystko opiera się i O DZIWO jakoś kręci.

Zakochana Katarzyna, matka, żona i najlepsza ziomalka Majewskich.

One thought on “pocztówki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *