PMS

twarze

Jestem czarodziejką (swoją drogą, zawsze chciałam być, bo przecież wychowałam się na Sailor moon). Nawet, jeśli nie miałam czegoś w rękach, jestem w stanie tak to ukryć, że niewiele brakuje, żeby talerze w kuchni leciały w stronę podłogi, a szyby w oknach były na granicy roztrzaskania się na małe kawałki. Myślę, że nie jestem jedyną osobą posiadającą magiczne moce, znalazło by się pewnie kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt milionów kobiet dokładnie takich jak ja.

Kiedyś powiedziałam, że mogłabym mieć jeszcze jednego syna, że chłopcy są spoko i wiem już mniej więcej jak to ogarnąć. Teraz zastanawiam się, czy nie wolałabym trzech córek. Zwłaszcza, że młody to pod każdym względem kopia ojca – w dodatku jest w takim wieku, że naśladowanie go i jednocześnie doprowadzanie MNIE do białej gorączki zwyczajnie go śmieszy. Teraz tekst „to przez Ciebie” czy „no i co zrobiłaś” słyszę podwójnie nawet, jeśli ze stołu spadnie kubek z sokiem, kopnięty nie moją nogą. Jeśli chodzi o moje zdolności nadprzyrodzone, to kreują się one mniej więcej właśnie tak.

Weekendy letnie to takie przyjemne dni. Pod warunkiem, że towarzyszy im odpowiednia pogoda. Kiedyś powiedziałabym, że równie ważne jest mieć w tym czasie „dzień wolny od pracy”, jednak na chwilę obecną pawam się w luksusie, odwiedzając sklepy jedynie w celu rekreacyjnym. Nie zmienia to jednak faktu, że kilka razy marzyłam o tym, żeby iść już do pracy (być może coś ze mną nie tak, nie wiem), bo sama nie wiedziałam co ze sobą zrobić. A właściwie skończyły mi się pomysły (i czyste kartki – na ostatnich kilku byłam zmuszona narysować SILNEGO HULKA oraz różowego kotka słodziaka) na organizowanie atrakcji dla jaśnie Pana Franciszka. Umyłam zatem te okna w sypialni, drzwi (tu akurat udało mi się zachęcić go do współpracy, zapewniając, że jest to świetna zabawa), nastawiłam trzy pralki, ugotowałam dwa obiady chyba tylko po to, żeby uniknąć polerowania tyłkiem podłogi(dla wtajemniczonych – tory się same nie zbudują). Bo macierzyństwo, to przecież nie tylko ojciec!

Całe szczęście, że sobota była w miarę słoneczna. Że udało nam się wyjść z domu na kilka godzin, co skutkowało dzisiejszą pobudką o godzinie 9:30. Byłam już prawie pewna, że do końca tygodnia przypadkiem wypadnę przez świeżo umyte okno – oczywiście niechcący. Takie moje małe Hokus pokus. Przedwczoraj o tej porze jeszcze po mnie skakał , wymyślając coraz to nowe formy rozrywki – od zabijania zombiaków na pleju, po robienie lodów z ciastoliny. I pomyśleć, że to dziecko dopiero co skończyło trzy lata ( może nie powinnam się przyznawać, w końcu call of duty – gra mojego związku, bowiem kosimy w nią już tyyyyle lat, ma nieco wyższy przedział wiekowy).

Zawsze, kiedy znajdę już małą chwilę dla siebie, dzieje się COŚ. COŚ się rozlało, COŚ obudziło Franka, COŚ stuka i trzeba zobaczyć co, COŚ się zepsuło, czy po prostu mamo, chodź COŚ zobaczyć. I chuj mnie obchodzi przepis na mega marynatę do gęsi, skoro jej nigdy w gębie nie miałam i nie mam ochoty mieć. To jest właśnie ten PMS. Nadwrażliwość sensoryczna kobiet w wieku rozrodczym krótko mówiąc.

Zgubiłam gdzieś klucz od sypialni, a przez kilka dni w miesiącu byłby dla mnie zbawieniem. Do momentu, aż drzwi zostały by pozbawione szyb – wszak jestem niezastąpiona i raczej dziwne by to było, że zamykam się sama, zapominając o Bożym (Nowym) Świecie. Zarówno mąż, jak i syn nie pozwolili by mi siedzieć w samotności dłużej niż pół godziny.

Rozmawiałam dziś z siostrą. Nie tylko ja tak mam. Że brakuje mi powietrza we własnym domu. Nie oznacza to jednak, że rodzina mnie ogranicza. Nigdy tak nie uważałam nawet, jeśli większość znajomych bawi się świetnie na imprezach, wyjazdach, czy wakacjach. Mało tego, wkurwia mnie, kiedy słyszę, że powinnam coś zrobić z dzieckiem i wyjść z domu. Zwłaszcza, że ostatnio mam wrażenie, że wychodzę z niego ZA często. Są takie dni, że to uszczęśliwianie mnie i robienie ze mnie silnej i niezależnej kobiety na siłę, irytuje mnie podwójnie. Podwójnie.

Tym oto sposobem, niedzielę spędziliśmy w domu. Bez znajomych, rodziny, wycieczek i telefonów. Ze względu na to, że ostatnie tygodnie były dosyć intensywne – stęskniłam się za narożnikiem w salonie. Pierwszy raz nie miałam wyrzutów sumienia przez to nicnierobienie. Tak samo jak pierwszy raz obejrzałam CAŁE LEGO NINJAGO nie martwiąc się zbytnio o to, że coś przeoczę, bo nawet kiedy na chwilę przysnęłam młody streszczał mi całą akcję (w końcu zna to już na pamięć). Plusem jest, że wiem już kim jest Garmadon, kto lata zielonym smokiem i jak wygląda ten Sensei Wu (teraz będę przynajmniej wiedziała jakie gazetki kupuję w żabie).

Niedzielny wieczór, to taki czas dla mnie. Świadczą o tym między innymi wpisy, które wraz z końcem weekendu pojawiają się najczęściej. Ostatnie 2-3 godziny przed snem traktuję jak wyciszenie przed nowym tygodniem, z niecierpliwością/przerażeniem czekając na to, co tym razem przyniesie poniedziałek. Gdybym powiedziała, że nie odliczam czasu do momentu, aż młody zaśnie – skłamałabym. Nie jest nieznośny. Nie męczy mimo, że wymagania ma dosyć spore. Po prostu lubię ciszę. Z każdym kolejnym dniem cyklu potrzebuję jej coraz więcej – całe szczęście moi faceci uczą się wyrozumiałości. Wskazuje na to chociażby fakt, że coraz więcej czasu spędzają sami ze sobą. Z małą przerwą na mamo, może troszkę się poprzytulamy – ale to akurat lubię.

W całym tym szaleństwie staram się jedynie zasnąć w dobrym humorze. Na wypadek, gdyby spanie po prawej stronie łóżka (żeby wstawać prawą nogą, of kors) nie wystarczyło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *