pamiętniki

Gdybym zacytowała tu pierwszą, ósmą, czternastą, trzydziestą trzecią, pięćdziesiątą, setną, sto dwudziestą pierwszą i jeszcze kilkadziesiąt innych stron z mojego pamiętnika, który kontynuowałam przez 8 lat w trzech zeszytach w kratkę – wyszedłby tu niemały poradnik/dziennik nastolatki kłebiącej w sobie milion uczuć. Często bardzo złych uczuć. Gdyby nie fakt, że okres dojrzewania cechuje przede wszystkim ogromna burza hormonów przeplatających stany depresyjne z euforią, mogło by się okazać, że moje życie to jedna wielka „Moda na sukces”, żeby nie powiedzieć „Trudne sprawy”.

W tym wszystkim JA, w roli Zbuntowanego Anioła, Przyjaciółki i rywalki, Palomy, Luz Marii i Marii z przedmieścia w jednym, walczyłam z każdym dniem, na bieżąco opisując pasmo sukcesów i porażek towarzyszących mi w życiu. Nastolatki bywają bardzo podatne na bodźce, które je otaczają. Ja bardzo chciałam się zakochać, tak samo jak chciałam przeżywać te wszystkie wspaniałe uczucia dokładnie tak samo, jak bohaterki moich ulubionych seriali rodem z Wenezueli. Pochowałam też kilka chomików, które w pewnym momencie miały dla mnie wartość bardzo osobistą, ale to już tylko ich wina, bo to bardzo słabe zwierzęta. Nie to, co ja, hehe 😉

Z zeszytów przerzuciłam się na bloga, gdzie wtajemniczeni mieli okazję wejść do mojej głowy i choć przez chwilę utożsamić się losem wrażliwej rówieśniczki, która codziennie stawiała czoła milionowi przeciwności losu – szkoła, rodzice, głupie koleżanki, jeszcze bardziej pojebani koledzy, którym nie wiadomo o co chodziło, no i oczywiście konsekwencje związane z co raz to głupszymi pomysłami stale wdrażanymi w życie. Całość głównie skupiała się na zauroczeniach, żeby nie powiedzieć miłościach, przyjaźniach i rodzicach, którzy próbowali sprowadzać mnie na ziemię z marnym skutkiem. Nie rozumieli mnie, ani mojego żalu, a ja nawet nie próbowałam tłumaczyć im co jest nie tak, bo argument „też byłam kiedyś w twoim wieku” w żaden sposób do mnie nie przemawiał.

Wolałam mieć depresję. Absolutnie nie taką kwalifikującą się do leczenia w Abramowicach – nikt przecież nie będzie robił ze mnie wariatki. Chciałam po prostu płakać w poduszkę, żalić się i spacerować samotnie co dodawało wszystkiemu dramaturgii.

Dziś, wracając na chwilę do tych czasów, zalewam się łzami.. ze śmiechu! Nie znam drugiej takiej jak ja, zakochanej 18 razy w roku (z czego 12 w jednym i tym samym Wieśku) dziewczyny, której tak mocno doskwierał smutek, żal, samotność i ból całego świata.

Mimo wszystko, z niedowierzaniem muszę stwierdzić, że PRZEŻYŁAM. Wyrosłam wzdłuż i wszerz ze wszystkiego, co spędzało mi sen z powiek.

Mało tego! Częstotliwość wzlotów i upadków też znacząco zmalała, co w sumie można uznać za sukces. Od ośmiu lat jeden i ten sam facet, mąż, bez odchyleń od normy. Patrząc na moją przeszłość – to na prawdę dobry wynik. Doczekałam się. Już jako szesnastolatka bardzo chciałam wylądować w miejscu, w którym jestem teraz.

No i jestem.

Z 4 grudnia 2004 roku przeniosłam się z prędkością światła do marca 2020, gdzie powitał mnie NOWY ŚWIAT. Miejsce, w którym co weekend piorę około 30 par skarpet, na śniadanie smażę tosty w jajku i oglądam Hotel Transylwania. Maluję paznokcie, omijam klocki LEGO, z papieru wycinam pacynki, a disco relax odpalam już tylko sentymentalnie, od czasu do czasu.

Czy jest tak fajnie, jak we wszystkich moich snach i marzeniach, które wypowiadałam co wakacje podczas nocy spadających gwiazd ? Nie wiem. Chyba tak. Z tą tylko różnicą, że ja sobie to wszystko zupełnie inaczej wyobrażałam! Zapomniałam o takich zwyczajnych, ludzkich problemach życia codziennego jak zaspokojenie potrzeby głodu (nie tylko swojej), snu(przede wszystkim swojej), płaceniu i niepłaceniu rachunków, chorobach itd.

Z każdym kolejnym chłopcem, którego spotkałam na swojej drodze chciałam wiązać taką przyszłość. Spokojną i stabilną. Nie wiedząc do końca, o co chodzi dokładnie z tą stabilnością. Dziś stabilność to poczucie bezpieczeństwa, całej naszej trójki. Składa się na to milion czynników, które ciężko jest utrzymać w ryzach tak, żeby ze sobą grały. Nie jest jednak powiedziane, że się nie da.

Przez ostatnie dni/tygodnie zapomniałam o sobie. Zeszłam na ziemię w momencie, kiedy mój organizm oznajmił mi, że nie chce już ze mną współpracować na dotychczasowych zasadach. Być może dlatego, że za bardzo wzięłam sobie do serca całą tą odpowiedzialność, która nie powinna ciążyć tylko na mnie (?)

Wiosna to dobry czas na zmiany. Nie to, co jakieś tam pierdolamento zwane postanowieniami noworocznymi.

Kobiety, wszystkiego naj! Pamiętajcie o sobie!

Jedna myśl w temacie “pamiętniki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *