Znaki

Miałam kiedyś kumpelę. W sumie to w dalszym ciągu utrzymujemy kontakt, jednak jest to historia na tyle stara, że mogłabym nawet powiedzieć „dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami…”. Fajna, młoda dziewczyna jeszcze z czasów studiów. Brunetka, trochę podobna do mnie(no dobra, o wiele ładniejsza i szczuplejsza). Byłyśmy na jednym roku, tak więc wspólne zainteresowania, wspólni znajomi i te sprawy. Czasem w wolnej chwili wyskakiwałyśmy gdzieś na miasto.

Jak w większości dużych miast, tak i w tym, w samym centrum był zamek. Taki jak w tych bajkach o księżniczkach, z tym, że cała akcja działa się w dwudziestym pierwszym wieku, rycerzy na koniach nie było, był za to park i kilkanaście ławek. Na jednej z nich my i lody z maka. Młoda (tak ją nazwę) miała doła, bo trochę zawalił jej się świat. Na początku porozmawiałyśmy szczerze, później pomilczałyśmy i powoli oddaliłam się w stronę przystanku.

Ona została i raczej nic nie wskazywało na to, że kolejne kilka godzin przesiedzi jeszcze na tej ławce. Podszedł do niej facet, który wziął się tam nie wiem skąd. To znaczy w sumie wiem. Mało tego, obstawiałam nawet, że gość pochodził z innej planety, bo historia, którą mi opowiedziała brzmiała raczej mało realnie (jak na dzisiejsze czasy).

Na początku leżał sobie na trawie, z plecakiem pod głową, centralnie na przeciwko. Przez chwilę miałam wrażenie, że mimo, że dzieli nas kilkadziesiąt metrów, to on dokładnie wie o czym rozmawiamy, przyglądał się tak dziwnie, jak jakiś zbok. Nie myliłam się, bo na serio to wiedział. Nie wiem, czy potrafił czytać z ruchu warg, w każdym razie czekał, aż sobie pójdę. Gdyby nie fakt, że park był przepełniony ludźmi, raczej nie zostawiła bym jej samej.

Usiadł na ławce obok. Spytał, czy może się przysiąść i jej potowarzyszyć,bo z tego co zrozumiał (jakim kurwa cudem, nie mam pojęcia do dziś), to brakuje jej księcia, a przecież od zamku dzieli ich zaledwie kilka kroków.. Dodał, że ma tak piękne oczy, że powinna się cały czas uśmiechać, bo z uśmiechem jest jeszcze piękniejsza, czy coś takiego (bajera pierwsza klasa, zwłaszcza dla młodej laski, która nie chciała wracać do domu, gdzie czekały na nią już tylko cztery ściany). W plecaku miał pustą butelkę po winie, szczoteczkę do zębów i plik kartek. Pierwsze co pomyślała, to to, że jakiś wariat szuka przygód, pewnie chce ją przelecieć, żeby na następny dzień zarzucić na ramię swój bagaż i zapomnieć o jej istnieniu. Nie ukrywam, że pomyślałabym tak samo. Koleś twierdził, że jest poetą, a na zamku akurat odbywa się jakiś wieczorek poetycki i to był główny cel jego podróży. Siedzieli tak chyba z osiem godzin, rozmawiali o wszystkim. Mówił, że pisze wiersze, że przyjechał znad morza, zgubił kumpla, a tak w ogóle to jest kucharzem (opowiadał o tym z zapartym tchem, na prawdę ciężko było odróżnić, czy to wszystko to ściema, czy faktycznie mówił prawdę). Uśmiecham się pod nosem, kiedy tylko przypomnę sobie całą tą historię, bo zawsze byłam pewna, że takie rzeczy to tylko w filmach. Zwłaszcza, że był przystojny!

Pewnie do tej pory twierdziłabym że to żart, gdyby nie fakt, że podał jej imię, nazwisko i jedną z kartek – z wierszem, na odwrocie zapisując swój adres @.

Kilka dni później spakowała się i wróciła do domu (zapomniałam chyba dodać, że była słoikiem jak ja i pół Polski przejechała, żeby studiować). Wtedy widziałam ją po raz ostatni. Taką, nie wiem, zagubioną. Nie była pewna, czy to, co robi, to najlepsze wyjście – coś ciągle trzymało ja w tym miejscu. Nasze drogi się rozeszły, rozmawiałyśmy rzadziej. Nie ukrywam, że trochę mi przykro z tego powodu, bo była to bardzo bliska znajomość. Mimo wszystko rozumiałam, że to był ten czas. Żeby zamknąć pewien rozdział pomimo, że obie jeszcze nie raz wracałyśmy do tych spraw, znacznie później.

Księciunio powiedział jej wtedy fajną rzecz. Że wiosna przychodzi Z A W S Z E, nawet, jeżeli każe na siebie czekać miesiącami czy latami.

Najlepsze, że ona na prawdę przyszła. Co prawda w październiku, ale warto było jej wypatrywać. Może nie od początku było wiadomo, że to faktycznie ona, że to już to. W tej chwili obie wiemy, że tego nie da się zaplanować. To było ich pierwsze i ostatnie spotkanie, trochę jak dziwny sen. Czasem jednak wystarczy ten jeden raz, żeby zdać sobie sprawę, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Kucharz poeta pojawił się we właściwym miejscu i o właściwiej porze. Pomógł jej zrozumieć, że są gorsze dni, ale jednocześnie warto czekać, aż zaświeci słońce. No i świeci. Jasne, że czasem musi wyjść zza chmur. Że te chmury są, ale nic nie trwa wiecznie. Złe chwile też.

Ps / I niech mi ktoś powie, że mi się tylko wydaje, że przyciągam dziwnych ludzi. Od zawsze!

Życie

Nie skończyłam studiów, przez kilka lat siedziałam na kasie uśmiechając się pod nosem prawie za każdym razem, kiedy ktoś po mnie jeździł. Tyle razy słyszałam, że jestem niedouczona, niekompetentna, że pewnie nawet nie mam matury, dlatego jestem w tym a nie innym miejscu. Prawie za każdym razem – bo niekiedy mój trudny charakter mi na to nie pozwalał i zaczęłam traktować ludzi…z wzajemnością. Wśród koleżanek i kolegów – zarówno magistrów jak i dziewczyn po zawodówce czułam się trochę jak wyrośnięta. Być może dlatego, że byłam jedną z tych, które nie przychodzą do pracy zarobić na imprezy czy nowe szmaty, a raczej na życie. Szkoda tylko, że wypłata zawsze kończyła się zbyt szybko.

Kilka lat zajęło mi, żeby zejść na ziemię. Z jednej strony zawsze wierzyłam, że jak się czegoś bardzo chce, to można. Jak się później okazało – nie zawsze. Niektórych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć i tym oto sposobem na przykład, nie zostałam malarką, a jedynie niedoszłą panią architekt krajobrazu. W sumie, to chyba dobrze, że niedoszłą, bo tak na prawdę nigdy nie chciałam tego robić. To miała być taka „alternatywa”, która kosztowała mnie na prawdę dużo nerwów. Sama nie wiem, czy to, że jestem uparta, to moja dobra strona. Czy stracone lata na prawdę były stracone. Czy to, że zaufałam nie tym, którym powinnam zaufać wzmocniło mnie, czy wręcz przeciwnie – podcięło skrzydła. Być może byłabym teraz kimś innym, gdybym tylko posłuchała rodziców, przyjaciół. Wtedy byłam szalona i odważna – rzuciłam wszystko, żeby nie płakać z tęsknoty i spełniać marzenia. Nie musiało minąć dużo czasu, żebym znów zaczęła płakać. W tej chwili mogę tylko „gdybać”. Swoją drogą, chyba na prawdę byłam zdeterminowana, bo wierzyłam, że za 700 złotych miesięcznie jestem w stanie wygrać życie.

Czytaj dalej Życie

Christmas?

Mamo, już są Święta ?

Frankiemu kojarzą się oczywiście z Mikołajem, choinką, prezentami no i śniegiem. Nie jest łatwo wytłumaczyć trzylatkowi, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Wcześniej ogólnie mało rozumiał, w tym roku jednak dzielnie pomaszerował do kościółka z koszyczkiem, a na miejscu wymachiwał rękami i pytał dosłownie o wszystko. Dobrze, że całe święcenie trwa 10 minut, bo chyba bym zwariowała.

To syn wprowadził do domu świąteczny nastrój. Nic, że do obiadu (a na obiad zażyczył sobie babeczkę z własnego mikrokoszyka ) obejrzał całą kronikę świąteczną – tak, tą ze Świętym Mikołajem w roli głównej. Pozniej chyba przez godzinę śpiewał „krysmaaaas, krysmaaaas”, co doprowadziło mnie do śmiechu i do łez.

Jak żyję na tym świecie i dwudziesta ósma wiosna mi leci, tak nie wiedziałam, że gotując jajka można je spalić od środka. Niby woda nie wyparowała, a ja miałam niezłe zdziwko, obierając je, jak się później okazało sino – brązowe w środku. Być może mało jeszcze wiem o życiu. Tak samo, jak byłam pewna że w kościele nic mnie już nie zdziwi – do teraz. No chyba, że Nowy Świat znajduje się na innej planecie i nie wiedziałam, że selfie w tle z księdzem machającym kropidłem to norma. Ok, jestem staroświecka, bo swój telefon wyciszyłam pół godziny wcześniej.

Do czego to wszystko zmierza ?

Czytaj dalej Christmas?

Czekam na Ciebie, słonko

Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu zrzucę płaszcz i przestanę owijać się szalem przypominającym wełniany koc. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że wiosna to prawdziwa kobieta – niby już gotowa do wyjścia, ale mimo wszystko każe na siebie czekać. W ogóle mnie to nie bawi i jestem w stanie spędzić każde popołudnie na placu zabaw, tylko weź już przyjdź ! Od miesiąca czekam, złapałam już nawet przedwiosennego dołka, ale jestem twarda i serio, nie będę się złościć, po prostu nie chcę już czapki.

Od czapek mózg paruje, nie oddycha tak, jak powinien. Myślę, że między innymi stąd ta przerwa w pisaniu – przez ostatnie kilka tygodni między jednym a drugim uchem odbijało się echo.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jasne, że kiedyś miałam to w nosie, bo chłodny wieczór zawsze był dobrą wymówka, chociażby na randce. Nic tak nie sprzyja miłosnym uniesieniom na ławce jak chłodek, bo przecież obiekt westchnień w końcu przysunie się te pół metra, żeby nie mieć na sumieniu zamarzniętej istoty. Wróć, kiedyś tak było. Teraz to chyba nie wiem, bo w sumie mogę nie być na czasie (2019 a nie 2009, no sorry), ale codziennie jadąc MPK odnoszę wrażenie, że chyba niektóre laski ominęły ten etap, bo mają już wózki, ewentualnie trzyletnie dzieci.

Czytaj dalej Czekam na Ciebie, słonko

Dzień kobiet ?

Kompletnie nie należę do grona tych pań, które chcąc być na bieżąco z obecnymi trendami, zaraz po byciu obdarowanymi przez swoich mężczyzn kwiatami, wrzucają fotki bukietów na insta, fejsa, czy inne „stories”. Nie dlatego, że ich nie dostałam, nie dlatego, że róże z biedry są jakieś gorsze czy brzydsze, nawet, jeżeli dotarły do mnie 2 dni później. Stoją WE flakonie jako ozdoba salonu, a ja lubię kwiatki, ale bez przesady. Bardziej ucieszę się mimo wszystko z wizyty kuriera, bo lubię obdarowywać się sama. Tym, na co aktualnie mam ochotę nawet, jeżeli decyzja odnośnie zakupu trwa kilka tygodni. Tak już mam.

Dzień kobiet to taki wyjątkowy dzień. Dla naszych mam oznaczał zazwyczaj dodatkową parę rajstop. Dla nas to kwiaty, czekoladki, wino, kolacja czy spontaniczna randka, ale to już level hard, na który pewnie na chwilę obecną nie do końca mogę sobie pozwolić. Nie oznacza to jednak, że nie czuję się kobieco. Zwłaszcza, kiedy na 8 marca przypada mi pierwszy dzień menstruacji – oh yeah. Dzięki Ci Boże za wyrozumiałego kierownika, który pozwolił mi opuścić miejsce pracy kilka godzin wcześniej słysząc jeden argument – będę rzygać. W dzisiejszych czasach to raczej luksus ALE – zdarza się.

Czytaj dalej Dzień kobiet ?

Dzień kotleta!

Odkąd pamiętam niedziela to najkrótszy dzień z całego tygodnia. Dziwne, bo trwa niby tyle samo godzin co chociażby poniedziałek, a ten z kolei dłuży się i przeciąga leniwie w każdą stronę.

Trochę mi smutno z tego powodu, że akurat jeden z dwóch wolnych od pracy dni zlatuje mi tak szybko. Miał być przecież czas dla rodziny, a ja ledwo co ogarniam pranie i schabowe dla chłopaków.

Zawsze bardzo je lubiłam, tak samo zresztą jak soboty – wiedziałam, że z mamą w domu jest o niebo lepiej niż tylko z ojcem. Wszystko było takie czyste, w domu pachniało fioletowym ajaxem i mimo, że obiad zawsze jadłam w swoim pokoju, to przez ścianę czułam, że już nikogo nie brakuje. Zdarzało się oczywiście, że znikałam, bo jak się później okazało byłam typem podróżnika, który w „pewnym wieku” rzadko bywał w domu, jednak niczego nie wspominam tak dobrze. Powinnam chyba dodać, że NIE – moja rodzina i mój dom to nie ten z amerykańskiej reklamy płatków śniadaniowych, a mało tego – duuuużo jej do takiej brakowało.

Czytaj dalej Dzień kotleta!

wróciłam

Długo mnie tu nie było. Wyłączyłam się trochę, do tego stopnia, że muszę zaczynać od początku. Nie jest jednak tak źle, bo czasem początki bywają całkiem fajne i jak się później okazuje – warto zaczynać.

Ponad rok minął od ostatniego słowa w tym miejscu. Był to rok przewrotny i właściwie wszystko, co się wydarzyło było mi bardzo potrzebne.

Po pierwsze, żeby udowodnić sobie, że czasem warto odpuścić. Warto rzucić wszystko i postawić na jedną kartę – żeby w końcu poczuć ulgę. Długo było mi źle. Nie dlatego, że otaczali mnie źli ludzie, a dlatego, że byłam w miejscu, które wysysało ze mnie całą energię. Do tego stopnia, że budziłam się z płaczem, z przerażeniem że przede mną aż osiem godzin, a później będę musiała wrócić do domu i udawać, że wszystko jest ok. Najgorzej, że nie potrafiłam przetłumaczyć tego dziecku. Że jestem zmęczona, że chcę spać i najlepiej gdyby i on poszedł już spać, to może udałoby mi się posiedzieć samej ze sobą chociaż chwilę.

Czytaj dalej wróciłam