odliczanie czas zacząć!

Wakacje życia!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio urlop był prawdziwym urlopem, a wakacje..po prostu wakacjami. W sumie, mogę powiedzieć, że na wakacjach, o których teraz myślę nie byłam nigdy.

Gdy byłam mała, „All inclusive” fundowała mi babcia, a właściwie dziadek, bo to On jechał z delegacją do miasta autobusem jeżdżącym raz na dobę po to, żeby na drugi dzień wrócić ze słoikiem Nutelli i paczką herbatników.

Słoik był przeogromny. Kosztował pewnie ze dwie dychy i zajadałyśmy się owymi herbatnikami przekładanymi kremem orzechowym przez następne kilka dni. A On, między innymi tym zasłużył sobie na miano „bohatera”.

Dni mijały nam na prowadzeniu lodziarni pod kasztanem, a piaskowe lody z posypką z trocin z tartaku obok były najlepszym rarytasem. Słońce prażyło do tego stopnia, że brwi robiły się rude, a piegi wyskakiwały w mgnieniu oka. Burze też się zdarzały – wtedy razem z siostrą siedziałyśmy w oknie, na łóżku, które miało chyba ze sto lat. Babcia stawiała obrazek Matki Boskiej na parapecie wierząc, że dzięki temu żaden piorun w nas nie pierdolnie. Kolejnym zajęciem było szycie ubrań dla lalek Barbie, wzorowanych na tych z katalogów „Domu Sprzedaży Wysyłkowej” z lat 80tych. Przeglądałyśmy je tyle razy, że do tej pory mam przed oczami poszczególne strony, choć minęło już chyba ze 20 lat. Praktycznie każdy dzień był taki sam – zaczynał się pobudką bladym świtem, a kończył o zachodzie słońca, po kąpieli w miednicy za piecem kaflowym. Padałyśmy ze zmęczenia i nie przeszkadzał nam nawet klimat pokoju, który przypominał trochę ten z horrorów. Stare meble, ogromna szafa z lustrem na końcu korytarza i skrzypiąca podłoga.

Nigdy nie pytałam dlaczego wyjeżdżamy na całe dwa miesiące. Było to dla mnie oczywiste – tyle przecież trwają wakacje, więc wraz z końcem roku szkolnego rozpoczynało się wielkie pakowanie, żeby nazajutrz wyruszyć do dziadków. Od koleżanki ze szkoły dostawałam pocztówki z Mazur, z nad morza – praktycznie co roku, Ona natomiast przez te wszystkie lata nazbierała niemałą kolekcję tych z napisem „Włodawa”, w porywach do „Jezioro Białe”.

Lubiłam powroty. Kiedy szłyśmy wzdłuż bloku do swojej klatki, żeby za chwilę wyjść na balkon i zobaczyć znajomych – zawsze czułam się, jak gdybym wracała z końca świata, stęskniona i podjarana mimo, że już tylko kilka dni dzieli mnie od powrotu do szkoły.

Teraz już wiem, że głównym powodem, dla którego rodzice wywozili nas z domu na 60 dni, była praca. Po prostu nie było opcji, żebym w wieku 8 lat została w domu z czteroletnią siostrą i trzyletnim bratem. Dwutygodniowy urlop mamy nie do końca był w stanie zapewnić nam opiekę przez całe lato. Wiem, że tęskniła tak samo, jak ja, kiedy sprzedaję juniora na dwa dni. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że nie widzę Go dwa miesiące.

Teraz, kiedy sama jestem matką, wiem, że jest to nie lada wyczyn. Ogarnąć wszystko tak, żeby w trakcie „przerwy wakacyjnej” zapewnić młodemu opiekę. Nie udałoby się to bez dziadków, naszych urlopów, które do tej pory wypisywaliśmy tak, żeby wymienić się Frankim. O wspólnym spędzeniu tygodnia raczej nie było mowy. Tymbardziej o jakimś dłuższym wyjeździe i zostawieniu wszystkiego od tak.

Nie wiem czemu nie byliśmy nigdzie we dwoje, zanim jeszcze na świecie pojawił się młody. Nawet o tym nie myśleliśmy, a wszystkie wyjazdy organizowane były raczej na spontanie i z dnia na dzień. Zawsze było COŚ. Praca, kasa, praca, przeprowadzka. Trochę żałuję. Nie tylko dlatego, że mam dwadzieścia osiem lat i nie wiem jak to jest spakować się, pojechać na lotnisko i wysiąść w innym kraju, w dodatku tak pięknym i ciepłym, do tej pory widzianym jedynie na zdjęciach u znajomych na fejsie. Stanowczo za długo zwlekałam z odpoczynkiem, bez którego przecież można się zajechać. Na chwilę obecną relaks kojarzy mi się z wolnym weekendem i wypadem na lody, co właściwie nie do końca naładowuje baterie. Padam dosyć szybko, więc wręcz przeciwnie – zanim znajdę czas, żeby wyluzować, nadchodzi poniedziałek.

Wakacje życia!
Lato w pełni!

Za kilka dni wyruszamy nad morze(!!!!!). Jaram się jak moje trzy i pół letnie dziecko, bo podobnie jak dla Niego, będzie to mój pierwszy raz. Jedziemy co prawda tylko na 5 dni, jednak nie mogę się doczekać do tego stopnia, że od dawna siedzę i googluję Trójmiasto wzdłuż i wszerz, żeby skorzystać z tego wyjazdu jak najlepiej. Cieszę się przede wszystkim dlatego, że mały pirat zobaczy „wielką wodę” i prawdziwe statki, takie jak w swoich ulubionych filmach. Liczę, że ta pierwsza podróż zapoczątkuje kolejne, a w przyszłości takie wyjazdy będą już naszą tradycją. W końcu to najlepszy czas, żeby kolekcjonować momenty.

Stanowczo za mało mamy w tym życiu odpoczynku. Ciągle gdzieś biegniemy, najpierw do pracy, żeby po ośmiu godzinach pędzić na MPK, który zawiezie nas do domu. Chwila wytchnienia następuje w momencie, kiedy wkraczamy na plac zabaw, tylko po to, żeby po jakimś czasie wziąć szybki prysznic i położyć się spać o w miarę przyzwoitej porze.

Mimo, że lubię swój balkon i leżak z Perełki, to zmiana otoczenia i odcięcie się na te kilka dni na pewno dobrze nam zrobi. Myślę, że będzie tak samo fajnie jak na wtedy, kiedy rzeczownik „smartfon” dla nikogo jeszcze nie istniał, a szukanie go w encyklopedii przyniosłoby raczej marny skutek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *