nie musimy być szczęśliwi cały czas.

Zastanawiam się, co zmienia nas bardziej – czy ludzie, czy czas.

Żeby zrozumieć co tak na prawdę niektórzy wnoszą (czy też wynoszą) do naszego życia, potrzebujemy czasu. Bywa, że potrzeba na to kilku dni, miesięcy, a niekiedy musi minąć nawet dziesięć lat, żeby zdać sobie sprawę, że faktycznie, spotykanie poszczególnych osób na swojej drodze daje nam więcej, niż mogłoby się wydawać. Obserwuję i analizuję. Czasem opisuję. Człowiek nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Odkąd pamiętam bałam się samotności. Nie potrafiłam funkcjonować sama – potrzebowałam kogoś, kto mną pokieruje, nada jakiś sens wszystkim działaniom i decyzjom, które podejmowałam. Nie muszę chyba dodawać, że nie chodziło mi raczej o złote rady rodziców. To pierwszy facet sprawił, że wyjechałam na koniec świata. Mimo, że wszyscy radzili odpuścić, ja postanowiłam szukać szczęścia poza zasięgiem bliskich. Jak się później okazało – bez bliskich trudno o szczęście, więc wydałam trzy dychy na bilet powrotny mimo, że w rzeczywistości kosztowało mnie to dużo więcej.

Podobnie jest z blogiem – gdyby nie kilka bliskich mi osób – nie byłoby mnie tu. Nie miałabym w sobie na tyle odwagi, żeby zacząć, a jak widać piszę, mimo częstych braków umysłowych spowodowanych nadmiernym przebywaniem na podłodze, wśród klocków lego.

Jesień sprzyja depresjom, refleksjom i wszystkim innym pojebanym stanom, które są nam potrzebne.

W tej chwili mogłabym wyskoczyć z jakimiś statystykami, które faktycznie pokazują, że okres jesienno – zimowy to najbardziej dołujący czas w roku. Skłania nas do zadumy. W listopadzie wspominamy zmarłych, a chwilę później w grudniu spierdalamy do sklepów, żeby uniknąć domowych kłótni przed Wigilią. Więcej myślimy, postanawiamy. Nie jesteśmy w miejscu, w którym chcielibyśmy być, albo wręcz przeciwnie – doceniamy proste rzeczy przekonani, że to są właśnie „te” momenty.

Nie ma nic złego w tęsknocie za człowiekiem, czy chwilami, które sprawiają, że w oku kręci się łza. Mam świetną pamięć. Czasem chciałabym wrócić. Często też dla świętego spokoju odpuszczam, nigdy jednak nie zapominam.

Wspomnienia są potrzebne i nie powinniśmy ich wymazywać nawet, jeżeli są chujowe. Te najgorsze mają bowiem największą wartość. Im częściej dostajemy po tyłku, tym bardziej jesteśmy odporni na kolejne fakapy. Pod warunkiem, że się nie poddamy. Wszystko jest jednak kwestią własnego nastawienia do życia. Dom, w którym wyrastamy, przyjaźnie, które nawiązujemy, czy rodzina, którą zakładamy – to wszystko ma wpływ na to, jakimi jesteśmy ludzi.

Franek, który dwa lata temu zaczął swoją przygodę ze żłobkiem, przechorowując pierwsze pół roku praktycznie miesiąc w miesiąc, dziś infekcje przechodzi o wiele łagodniej i szybciej wraca do zdrowia. Podobnie jest z nami. Pierwsze zwolnienie z pracy boli bardziej, niż trzecie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za czwartym razem to my przedstawimy szefowi wypowiedzenie nie z żalem, a ze świadomością, że życie toczy się dalej. Tak po prostu – kolejny etap, który należy zamknąć, żeby móc się rozwijać.

Dobierając przyjaciół kieruję się jedną zasadą – ważne, żeby nie wchodzić sobie w drogę. Nie podcinać skrzydeł. Nie mówić, jak żyć.

Nie lubię pocieszać tak samo, jak nie lubię być pocieszana. Wolę liścia, który sprawi, że ocknę się w gorszych chwilach.

Kiedyś wkurwiałam się na mojego obecnie męża. Że traktuje mnie jak koleżankę, nie jest wylewny, a romantyzmem cały ten nasz związek nie ociekał od samego początku. Dziś patrzę na to z nieco innej strony – nie wyobrażam sobie, żeby mój facet nie był moim najlepszym kumplem. Takim, z którym porozmawiam na każdy temat, pośmieję się z ludzi w MPK, walnę lufę albo obejrzę polski serial kryminalny ( nic nie poradzę, że jebane science fiction mnie usypia, co ów osobnik często wykorzystuje – szanuję, każdy ma prawo się wyciszyć, zwłaszcza po ciężkim dniu).

Nie musimy być szczęśliwi cały czas.

Lubię te swoje weekendowe rozmowy z mamą. To czas, kiedy łączę się z Włodawą/miastem samobójców żeby chociaż przez chwilę porozmawiać z kimś, kto wyraźnie wypowiada „Ż”. Ona mi o swojej kurwicy, ja zaś tradycyjnie o obecnych problemach. Dziś poruszyłyśmy temat żywienia przedszkolaków. Franek nie lubi jeść. Ostatnia próba rozszerzenia diety o kawałek pomidora skończyła się spowiedzią nad kiblem. Mimo szczerych chęci młody nie dźwignął przeżucia kęsa warzywa innego niż ziemniak.

Co usłyszałam? Że KARMA WRACA. Ona wspomniała o czasach, kiedy nasza trójka siedziała przy stole czekając na obiad (wariacje na temat mielonego były wtedy na porządku dziennym, bo niestety każde z nas pluło czymś innym). Kiedy postawiła nam przed nosem talerz z pomidorem pokrojonym z cebulką, popatrzyliśmy na siebie, ale zanim któreś z nas zdążyło powiedzieć cokolwiek, uciszyła nas stanowczym „wpierdalać! nie ma nic innego!”. Jak się okazało, to był przełom! Wszystkie emocje, które się w niej skumulowały miały upust właśnie w tym soczystym „wpierdalać”. Tym oto sposobem przynajmniej jeden problem matki trójki(jeszcze) dzieci samoistnie się rozwiązał – koniec z gotowaniem pięciu obiadów jednego dnia!

Sama często tracę cierpliwość. Opanowanie znika mniej więcej w połowie dnia. Zwłaszcza, kiedy ów dzień pełen jest kataru, kaszlu, skaczącej temperatury (nie mojej). Kocham tego małego człowieka nad życie. Patrzę, jak rośnie, jak się rozwija. Jak nas naśladuje. Nie chcę już innego życia. Nawet, jeśli nie mam pojęcia co zrobić, kiedy młody wymaga ode mnie układania puzzli – 1000(!) elementów, punkt ósma. Ostatecznie mogę przesunąć śniadanie na następny dzień, jednak pełna nadziei szukam mądrej wymówki.

Nie oznacza to jednak, że będę szczerzyć się na wszystkie strony pokazując swoje szczęście. To tak nie działa. Ludzie, którzy mnie otaczają – rozumieją.

Dziś jedną z fajniejszych rzeczy, które mnie spotkały, było sięgnięcie dna – KOSZA NA PRANIE. Po raz kolejny zobaczyłam, że coś, co robię MA SENS.

To bardzo ważne. I poprawia humor, nawet, jeśli kosz stoi pusty niespełna godzinę.

Miłego poniedziałku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *