lustro

Kiedy w Nowy Rok obudziłam się jeszcze przed południem, nie kryłam swojego zdziwienia. Po pierwsze : zastanawiałam się, dlaczego tak strasznie napieprza mnie łeb. Po drugie, doszłam do wniosku, że impreza musiała być na prawdę gruba, skoro znalazłam się w miejscu może nie do końca mi obcym, ale… to łóżko było jakieś takie.. duże? Pokój dosyć jasny i aż za bardzo przestronny. Nie, to zdecydowanie nie było moje osiem metrów kwadratowych. A szkoda, bo jednak co własna wersalka, to własna. Nawet, jeżeli trzeba ją dzielić z młodszą siostrą.

Później, było już tylko ciekawiej. W sumie, to obudził mnie pewien głos, głos małego człowieka, który nie dość, że nie dał odespać mi szampańskiej (no bo skąd w innym wypadku ta migrena?) zabawy, to jeszcze domagał się tostów z serem. Spoko, gościu, ja Ci te tosty zrobię, tylko weź już zejdź ze mnie. O, zobacz, masz tu jakieś klocki, całkiem fajny ten Twój pokój, tylko do cholery co ja tu kurde właściwie robię?

Nie, żeby wcześniej mi się to nie zdarzało. Bo zdarzało. Nie raz budziłam się nie w swoim łóżku, aczkolwiek muszę odrazu zaznaczyć, że nie miało to raczej związku z płcią przeciwną. Czasem po prostu tak było wygodniej.

Zwlekając się z łóżka, w celu znalezienia kuchni (z grzeczności trudno było mi odmówić dzieciakowi zwłaszcza, że chodziło o zaspokojenie jednej z głównych potrzeb fizjologicznych), doszłam do wniosku, że kiedyś już tu byłam. Jakieś takie deżawi. Sama się sobie dziwiłam, że odsuwając dolną szufladę tuż przy piekarniku, tak szybko udało mi się znaleźć toster. Zanim jednak podłączyłam go do gniazdka, o mały włos nie rozdeptałam psa, który cieszył się na mój widok jak pojebany. Tak, jak gdyby zobaczył kogoś, na kim na prawdę bardzo mu zależy. To było w sumie miłe. Że nie chciał odgryźć mi ręki of kors. Pogłaskałam kotopsa, a może myszokotopsa? takie miał śmieszne te uszy. I pyszczek taki w sumie przyjazny, lekko obśliniony. Złożyłam dwa tosty z serem i stwierdziłam, że skoro jestem już w kuchni, dosyć dobrze wyposażonej, to się obsłużę. Już na samym początku w oko wpadł mi ekspres do kawy, tak więc napełniłam kubek w zajączki wielkanocne z nadzieją, że może kofeina doda mi trochę sił i łatwiej będzie mi ogarnąć co tak na prawdę się dzieje.

Młody człowiek nie przekraczający metra dwadzieścia podziękował, a ja na chwilę usiadłam. Próbowałam przytrzymać jakże ciężki łeb, który pulsował i opadał na blat stołu. Pomyślałam, że do ciepłej i aromatycznej kawy idealnie pasuje prysznic, więc udałam się do łazienki, oddalonej o parę kroków. W sumie, to fajna ta chata. Widać, że cały czas coś się dzieje. Podobnie jak u nas zresztą, na Żelazowej Woli. Dywanów i firanek brak, ale nie będę się właścicielom wpieprzać, bo o gustach się nie dyskutuje. Chociaż.. nie powiem, nawet mi się podoba, i sama urządziłabym się podobnie.

Podeszłam do umywalki, żeby przemyć oczy. Podniosłam głowę i odskoczyłam do tyłu. Krzyki i wrzaski sobie darowałam, bo stwierdziłam, że skoro pierwsze wrażenie jest najważniejsze, to nie będę na wstępie robić z siebie rozhisteryzowanej wariatki. Spokojna i nie do końca ułożona Katarzyna – cała JA. No ale wracając do tego, co zobaczyłam w lustrze. Na usta cisnęły mi się jedynie słowa typu :

KURWA MAĆ!

Co to jest?!!!

Ja pieprzę, co mi się stało? Dlaczego to wszystko takie… duże. Gdzieniegdzie obwisłe. Gdzie są do jasnej cholery moje piękne, długie włosy w kolorze ciemnego brązu? Co to za fryz połyskujący w piętnastu odcieniach, ni to mahoń, ni orzech z czekoladą?! I dlaczego jestem taka zapuchnięta? Bałam się do góry podciągnąć koszulkę, ale po chwili stwierdziłam, że gorzej już nie będzie.

Nic bardziej mylnego!

Nie dość, że pod pępkiem zauważyłam sporą bliznę (na szczęście była już na tyle zagojona, że żadni handlarze narządami nie wchodzili w grę), to brzuch pokrywały rozstępy. Nie jeden, nie dwa. No było ich z czterdzieści. Czterdzieści pasków które sprawiały, że bliżej mi było do tygrysa (ze sporą nadwagą, fak), aniżeli do Katarzyny z Czechowa. Przynajmniej zagadka pod tytułem „dlaczego mi dziś tak ciężko i źle?” się rozwiązała. Jestem po prostu w innym ciele! Oczy, nos i usta zdają się być tymi moimi, ale cała reszta, to chyba jakaś pomyłka.

Przez następne kilka minut próbowałam przypomnieć sobie, co tu się właściwie wczoraj stało. Może to jakieś dropsy, które weszły mi za mocno? Tylko skąd miałabym je mieć? Postanowiłam, że cofnę się do miejsca, w którym się obudziłam – być może tam uda mi się znaleźć odpowiedź na szereg nurtujących mnie pytań.

Zamiast odpowiedzi, zobaczyłam… jakiegoś typa. Znał moje imię, mało tego, jak gdyby nigdy nic spojrzał na mnie jednym okiem, po czym odwrócił się dupą i wymamrotał coś w stylu „JESZCZE PIĘĆ MINUT I WSTAJĘ”. Kurde. To też już gdzieś słyszałam. I jakoś tak dziwnie się poczułam. Przeszył mnie dreszcz i poczułam… znajome wkurwienie. No ale spoko, skoro wstajesz za pięć minut, to luzik. Wyszłam z pokoju, żeby po chwili usłyszeć nie bez powodu wykrzyczane w moim kierunku MAMOOOOOO, TABLET MI SIĘ ROZŁADOWAŁ.

Który mamy rok?

Ależ 2021. Witamy w rzeczywistości.

2 myśli w temacie “lustro”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *