ławka

Gdyby rodzinę można było sobie wybrać, nie byłaby już tak ważna. Dajmy na to wchodzisz do Plazy, wybierasz fajną, miłą i mądrą matkę, zajebistego ojca – oczywiście bez nałogów (!!!) i kilkoro braci i sióstr, koniecznie takich, co nie podpierdalają ubrań ani kasy z Twojego tajnego schowka. I co dalej?

Żyjesz sobie w tym idealnym świecie, nie znając prawdziwego. Ba, nie masz nawet możliwości poznania wielu rzeczy, bo wszystko, co mogłoby Cię zranić jest tuż za kloszem, pod którym siedzicie.

Wy i Wasz wyimaginowany świat.

Moja nie jest idealna. Świadczy o tym między innymi fakt, że mimo, że mama z bratem tuż przed obiadem wnieśli do pokoju większy stół po to, żeby każdy się przy nim zmieścił – my i tak siedzieliśmy po swojemu, z talerzami na kolanach. Przynajmniej Franek miał dla siebie sporą przestrzeń, co wyglądało trochę komicznie, bo nie dość, że ledwo sięgał do talerza, to między kęsami toczył trzecią wojnę światową czołgiem od babci. Jak widać reklama tabletek na wątrobę to to nie jest.

Krótko mówiąc, jest jedyna w swoim rodzaju i to jest właśnie w niej najważniejsze. Nie ma możliwości zamówienia drugiej, wymiany na inną, lepszą, z mniejszymi problemami. Zawsze ta sama, do końca życia. Kiedy coś się psuje, nie można tego zmienić ot tak. Już od dawna spędza mi sen z powiek mimo, że na co dzień jestem daleko i w domu bywam rzadko. Jeśli już uda mi się wpaść, to bardziej w roli gościa. Z tą tylko różnicą, że nigdy nie jestem nieproszona. Nawet, kiedy przyjeżdżam niezapowiedziana wiem, gdzie szukać kawy i gdzie stoi mój ulubiony kubek. Zdarza się, że nie ma mleka, ale gdybym zadzwoniła wcześniej, to na pewno by było – bo ojciec dostałby po łapach szmatą, zanim zdążyłby wziąć ostatni łyk z kartonu.

Co prawda dom rodzinny się zmienił – nie jest to ten, w którym się wychowywałam i przez większą część życia dzieliłam osiem metrów kwadratowych z siostrą. Powodem zmian nie była wygrana w totka, wręcz przeciwnie – w pewnym momencie wszystko się tak pojebało, że trzeba było się pożegnać. Z sąsiadami, znajomymi, szkołą, ulubioną ławką, na której spędzaliśmy popołudnia i długie wieczory. Ławką, na której kiedyś ktoś trzymał mnie za rękę, a innym razem trzymał mi włosy, kiedy rzygałam bo „coś” weszło za mocno.

Jedna z moich sióstr cały ten ogół wydarzeń nazwała patologią. Bo komuś nie zależało tak, jak powinno, zaś inny ktoś był bezsilny i kilka razy się poddał w momencie, kiedy zaczęło się pieprzyć. Niektórzy uciekali, w różny sposób odreagowując to, co się działo. Nie powinnam się niczego wypierać, bo faktycznie niektórym może się zdawać, że pochodzę z patologicznej rodziny. Pytanie, czy to mnie z czegokolwiek tłumaczy ?

Nie skończyłam szkoły, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie mam stałej pracy, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie mam hajsu, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie mam męża, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie mam przyjaciół, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie mam psa, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie jestem szczupła, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie noszę sukienek, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Nie lubię mięsa, bo pochodzę z patologicznej rodziny.

Moi znajomi są tacy jak ja, bo też pochodzą z patologicznych rodzin. Tylko ONI są w stanie mnie zrozumieć, bo przewracając się w domu o puste butelki wiedzą o życiu więcej.

Na rozmowie o pracę nikt nigdy nie spytał mnie, skąd pochodzę. Słyszałam milion pytań o zainteresowania, metody radzenia sobie ze stresem, o szkołę, którą skończyłam i przede wszystkim – o PRZYSZŁOŚĆ. O to, gdzie i jak widzę siebie za parę lat. Czy chcę się rozwijać, co robię, żeby to osiągnąć i jakie są szanse, że mi się uda.

Dla mnie odpowiedź jest prosta. Mam rodzinę. Dom. Kredyt na trzydzieści lat. Marzenia, które powoli chcę spełniać. Kiedy ktoś mnie wkurwi, nie wciągam kreski. Zaciskam zęby i jadę dalej. Na swoim wózku. Marzyłam o własnym mieszkaniu ze ścianą zapełnioną białymi ramkami, ze zdjęciami, do których codziennie się uśmiecham. Przypominają mi o fajnych chwilach, bo o tych złych i tak nigdy nie zapomnę – nie ma więc potrzeby umieszczania ich gdziekolwiek. Wystarczy, że są w mojej głowie.

Nie zliczę, ile razy uciekałam, widząc tylko to, co było dla mnie złe w danym momencie.

Nie mogłam sobie wybrać, do kogo mówię „mamo” i „tato”. Kto jest moją siostrą, a kto bratem. Jedyne, co mogę zrobić, to stworzyć sobie własną rodzinę, która dla mnie będzie idealna. Skoro tyle gówna już widziałam, to może uda mi się założyć taką, gdzie nikt nie będzie chciał mnie zmienić, ani naprawić.

Ten weekend był inny niż większość tych, które odbębniamy zazwyczaj. Nie tylko oddzielił piątek od poniedziałku, ale pokazał mi co tak na prawdę mam. Czego mi brakuje. Co wspominam. Czego nie doceniałam.Przypomniał, jak bardzo smakuje obiad, który ktoś dla mnie zrobił i o dziwo nie potrzebuję najlepszej restauracji, żeby się o tym przekonać. Wiem, kto jest dla mnie ważny i dla kogo JA jestem najważniejsza. To są właśnie te „kluczowe” momenty.

K.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *