Miewamy kiepskie dni. Zdarzają nam się również całkiem chujowe miesiące, które zostawiają po sobie ślad na dłużej, niż mogłoby się wydawać. Dla mnie tym złym, słabym i przykrym był właśnie kwiecień, ale zazwyczaj staram się wychodzić z założenia, że wszystko co pojebane kiedyś się kończy. Z otwartymi ramionami witam zatem M A J . Całkiem inny niż wszystkie, które do tej pory przeżywałam.

Maje zawsze były dla mnie pełne energii. Wiosenne słońce nakręcało do działania, a milion wspomnień do dziś potrafi zawiercić dziurę w brzuchu. Zdecydowanie najfajniejsze były te o zapachu Little black dress z Avonu, jeszcze z czasów liceum (chyba nie jestem jedyną osobą, która poszczególne zapachy perfum jest w stanie przyporządkować do różnych okresów w życiu?). Ogród Saski jest piękny o tej porze roku. Zapach deszczu nie wkurwia tak, jak ten jesienny, kiedy świeżo umyte włosy śmierdzą mokrym psem. Ponoć rolnicy modlą się o deszcz. Ten wczorajszy też mnie ucieszył, bo wiedziałam, że dziś rano wychodząc na balkon oczy mi się zazielenią. A zieleń ma to do siebie, że uspokaja, o czym mówią czasem mądre głowy i najprawdopodobniej jest to udowodnione naukowo.

Naukowiec ze mnie żaden, jednak samo to, że przyroda budzi się do życia jest przyjemne dla oka i duszy. Nasz osiedlowy jeż co wieczór spaceruje pod balkonami, szukając czegoś do szamy (gdzie mieszkają jeże nie zdążyłam jeszcze wygooglować, ale swojego czasu była to dla mnie zagwozdka). Jest tu ziomkiem i nikt nie ma zamiaru go pogonić, bo w sumie niech sobie chłopaczyna żyje długo i szczęśliwie. Przedwczoraj spotkałam również krecika, który nieco różnił się od tego z kreskówki, ale samym faktem, że skubaniec nie bał się puszczonych w samopas kotów, już wzbudził u mnie szacun.

Sama nie wiem, kto z naszej czwórki (do grona rodziny bowiem wlicza się również Czili) dostaje największego zajoba ze względu na obecnie panującą sytuację.

Czy Szymek, który większość czasu spędza w pracy, pośród ludzi dostających ataku paniki na samą myśl o braku mąki, drożdży i srajtaśmy w sklepach;

młody, który każdego dnia próbuje zmierzać się z nową rzeczywistością, brakiem przyjaciół z przedszkola i systematyczności, do której był tak bardzo przyzwyczajony.

A może jednak to ja jestem największą amebą,bezsilnym dnem umysłowym, bo sama nie wiem jak mam reagować na dziwne zachowania chłopaków i psa (z problemami gastrycznymi, które na bank są spowodowane tym, że za dużo nas w domu na raz).

Walczymy z tym koronapierdolcem każdego dnia, a na chwilę obecną jedyne, co udało mi się wykminić to to, że bez tv żyje się spokojniej, a maseczka na lajcie umożliwia mi posprzątanie tego, co ulało się suce.

Z drugiej strony, może jako rodzina, wszyscy mamy jednakowo przejebane? Może to jest właśnie to coś, co powinno nas w pewien sposób „scalić”? Coś jak odnośnik do ślubnej przysięgi : „w zdrowiu i w chorobie, w szczęściu i w nieszczęściu”? Mówiąc szczerze, nie dam sobie ręki uciąć, że wypowiadałam te słowa, bo jedyna rzecz, która z tego dnia zapadła mi w pamięci to to, że zastanawiałam się, na który palec włożyć obrączkę i dlaczego widzę ich tylko cztery (spokojnie mężu, byłam w miarę świadoma tego, co robię, mimo że na stres z reguły reaguję śmiechem, a banan na gębie towarzyszył mi tego dnia od rana do..rana 😉)

To wszystko, co się odwala to ogromna próba. Przetrwania. Tylko jak tu przetrwać, żeby nie ocipieć?

Dystans kurde. Do mediów, ludzi i sytuacji, przez którą tak bardzo zjada nas stres.

W kwietniu straciłam moją babeczkę. Moją dobrą wróżkę, która odkąd żyję na tym świecie nie zasnęła, dopóki nie poprosiła Boga, aby nade mną czuwał. Nie do końca rozumiała, dlaczego jest sama. Dlaczego jej dom, który z reguły odwiedzany był przez mnóstwo gości, przez wiele tygodni był pusty, z małymi tylko wyjątkami. Bała się samotności. Każdego dnia wypalała się coraz bardziej, aż w końcu pewnego dnia zostawiła po sobie wszystko, a przede wszystkim kawał historii, po części nieodkrytej. Jeszcze się nie pożegnałyśmy. Zrobię to niebawem, kiedy przyjdzie odpowiedni czas. Nie oznacza to jednak, że nie tęsknię. Za kimś, kto tworzył dobre wspomnienia tęskni się mocno i długo, już na zawsze.

Jako, że przypały mają to do siebie, że chodzą parami, kilka dni później straciłam też pracę. Nic nadzwyczajnego, po prostu zostałam nieświadomie wyruchana przez korpo. Wiem, że w życiu może mnie spotkać wiele gorszych rzeczy, dlatego za jakiś czas się pozbieram. Wstanę silniejsza, być może bezrobotna, bogatsza o kolejne siwe włosy, ale mimo wszystko zmotywowana do działania. Aktualnie moja motywacja śpi w pokoju obok, a ja na spokojnie mogę dokończyć to białe półsłodkie, co zostało mi ze świąt.

Mam dwadzieścia osiem lat i czasem nie umiem już płakać w sytuacjach, gdzie chociażby z czystej przyzwoitości wypadałoby uronić łzę. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że jestem aż za bardzo przyzwoita, nad czym w przyszłości (patrząc na obecne doświadczenia) postaram się popracować.

Majowa Kejt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *