Dzień 242

W mojej sypialni stoi rakieta. Zrobiona z pudełka po tv, który spłacę właściwie dopiero za 2 miesiące. Fajna, bo taka kolorowa. Rzekłabym – optymistyczna. Ma drzwi, w których jeszcze się mieszczę i prowizoryczne okienko wycięte z kolorowego papieru. Jest to między innymi jedna z tych rzeczy, które Ojciec jest w stanie zrobić dla syneczka, choćby miał stanąć na ..głowie 😉 Nie, że tylko On. Ja też staję. Na rękach, na rzęsach, na pośladkach i czubku nosa (tak, że resztki mózgu wypływają, bo trafił mi się pomysłowy Dobromir). Niejednokrotnie.

Jakoś tak ostatnio przestałam istnieć w społeczeństwie. Planeta Nowy Świat34 oddaliła się od Ziemi jakieś kilkaset tysięcy lat świetlnych, co w przeliczeniu daje 242 dni z tego roku. Dokładnie tyle czasu siedzę zamknięta w sobie z nadzieją, że to już zaraz koniec i uda mi się wyjść do ludzi tak na prawdę, a nie tylko na chwilę.

Telefon zaczął powoli umierać od nadmiaru danych przetwarzanych codziennie na linii messenger-whats’up – facebook – gmail. Tacy jesteśmy teraz nowocześni. Cyberprzyjaźnie, w połączeniu z cyberrodziną nie pozwalają nam czuć się samotnie. Tak trochę. Ogólnie nie byłoby w tym nic złego, bo fajnie jest mieć możliwość zamienić słowo z kimś, kto jest daleko. Pod warunkiem, że kurde jedynymi osobami, z którymi się witasz W REALU nie jest kasjerka z Lidla, w porywach do sąsiad, a właściwie jego ECHO, bo tak szybko spierdolił wymijając Cię łukiem.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie wkurwia. Z paru stron słyszę:

ogarnij się, (ok)

zapuściłaś się, (nom)

nic nie piszesz, (no nie)

nic nie rysujesz. (nie no, czasem)

Co ty właściwie robisz całymi dniami? (GÓWNO)

Zaniedbałaś bloga. (wiem)

Masz tyle czasu, wykorzystaj go. (no chyba mam)

Rysuj, (nie umiem dziś)

szkicuj, (próbuję)

rób portfolio. (no)

Załóż insta, (dobra)

rozwiń się jakoś marketingowo, (będę)

to nie jest trudne, tylko wymaga SYSTEMATYCZNOŚCI. (a może dziś trudne?)

Mogłabym mieć to w dupie, ale w sumie, coś w tym jest. Faktycznie wrosłam w ten dom i żyję z dnia na dzień. I tu nasuwa mi się jeden wniosek. Po prostu brakuje mi..LUDZI (!)

Pożarła mnie ta rutyna. Inspiracji do działania mi brakuje, a jak wiadomo – najlepszym motorkiem, który od zawsze mnie napędzał są właśnie ludzie. Relacje. Takie prawdziwe, nie w socjalach. Mogłabym rzucać szkice postów, które gniją tu od tygodni, tylko właściwie „po co?” Po to, żeby systematycznie robić ruchy dla Gogla. Ale mnie on właściwie w tej chwili nie interesuje. Tak samo, jak Tobie nie chce się klikać, wchodzić i machnąć ręką. Bo to bez sensu, nic nie wniosło. A ja bardzo bym chciała, żeby właśnie coś wnosiło. I tym oto sposobem czas, który musiałabym przeznaczyć na owe działania – przeznaczam na granie w planszówki i obowiązki domowe. Być może dlatego, że dzięki temu czuję się potrzebna. Albo po prostu wierzę, że to, co robię jest ważne. Tak, myślę że to mega ważne.

Krótko mówiąc – kiedy nie robię tego WSZYSTKIEGO, co wymieniłam tam wyżej, to robię inne rzeczy.

Wiem, że dramaty dobrze się sprzedają, ale chyba wystarczy się rozejrzeć – w chwili obecnej rozgrywa się ich masa. U zwykłych ludzi, którym ktoś, albo „coś” zabrało rutynę, której tak bardzo potrzebują, by żyć. Zamykamy się w domach, przeszywa nas strach. I ta NIEWIEDZA. Ona jest najgorsza. Nie wiemy, co nas czeka, chociaż na dzień dzisiejszy myślę, że to się trochę zmienia. Część sytuacji jesteśmy już w stanie przewidzieć, co nie zmienia faktu, że nie mamy na nie wpływu. Nie mamy takich mocy, żeby polepszyć sobie to, co ogólnie rzecz biorąc się pieprzy. Jeden powie, że trzeba to przeczekać, a drugi wyjdzie na ulicę i zacznie krzyczeć. Ja jestem trochę pomiędzy, bo od krzyku powstrzymuje mnie śpiący w pokoju obok Franciszek wrażliwy. Tym oto sposobem krzyczę sobie wewnętrznie, niekiedy załamując ręce, bo prawda jest taka, że CHUJA TO DA, z wyjątkiem upustu złych emocji (praktykowałam, wiem co mówię).

A kiedy mi źle, to…

WĄCHAM MIÓD.

Niedawno odkryłam, że uwielbiam ten zapach. Wycisza mnie, uspokaja. Na chwilę pozwala poczuć się jak mała Kasia, w przydużym pszczelarskim kapeluszu z siatką. Tak beztrosko spierdalająca przed jaszczurką na wsi, o której za parę lat być może nikt nie będzie pamiętał. O wsi rzecz jasna, a nie o jaszczurce. Bo ja jej już nigdy nie zapomnę. I tego jak się darłam, jak największa mieściara (coś jak wieśniara w mieście, to ja mieściara we wsi). Damy i wieśniaczki wersja 1997 – cała JA. Kto by pomyślał, że słoik miodu wielokwiatowego będzie w stanie wywołać we mnie tyle emocji? Taka aura. Wciąż jestem kobietą, a baby są przecież lekko szturchnięte 😉 Mój mąż tego nie czuje. Niech spada. Ja mogę stać w kuchni i wąchać, sto razy dziennie.

Kończy nam się ten rok.

Może wraz z rokiem zła passa się skończy? On ponoć jest PRZESTĘPNY i mimo, że od 242 dni cholernie się dłuży , to w sumie jakby tak popatrzeć wstecz – jednak JAKOŚ zleciał.

Jakoś, to dobre określenie.

A jeśli by się okazało, że jednak nic z tego, że ten 2021 będzie równie pojebany, to mamy jeszcze koło ratunkowe. Nasza trójka(czwórka w sumie) w sensie, że.

mamy RAKIETĘ. I bardzo możliwe, że po prostu spakujemy to, co najpotrzebniejsze i prosto z sypialni polecimy dalej. I będzie to nasza słodka tajemnica. Taka mała ucieczka. A jak ktoś będzie próbował nas znaleźć – to niestety – nie ma szans na sukces, bowiem kierunek zna tylko mały Kapitan, który swoich starych jest w stanie zmotywować do działania i jednocześnie wyprowadzić z równowagi z prędkością światła.

Miodu też mam jeszcze kilka słoików, także myślę, że JAKOŚ to przeżyjemy 😉 tego całego pierdolca. I ten kryzys gospodarczy. Pandemię i cały syf, który za sobą niesie.

Pozdrawiamy 😉

planeta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *