czy ty weźmiesz ze mną ślub? (związki cz.3)

Kiedy dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami, w żartach oznajmiłam swojemu ówczesnemu chłopakowi, że daję mu max 2 lata na zakup pierścionka z brylantem – roześmiał się. Zrobiło się trochę niezręcznie, bo przecież takich poważnych rzeczy nie powinno się nikomu narzucać.

„A myślisz, że ile będę czekać? Przecież jesteśmy już razem TYLE lat!”

Nie musiało minąć dużo czasu, żeby zwyczajna wymiana zdań zamieniła się w głębszą refleksję. Okazało się bowiem, że to jednak nie było „TO”, a z dwudziestoletniej, zakochanej po uszy i w pełni (jak mi się wtedy wydawało) przygotowanej na dorosłe i poważne życie dziewczyny, bardzo szybko zmieniłam się w zagubioną młodą laskę z kolejną, czystą kartką do zapisania. Nie spodziewałam się, że za chwilę będę musiała zaczynać wszystko od nowa. Nie byłam też świadoma tego, że to, co do tamtej pory mnie spotkało to tylko namiastka dorosłości pisanej przez duże D. Tym oto sposobem długo się nie naczekałam, a zamiast przeglądać białe kiecki zmuszona byłam na szybko ogarnąć jakiś pokój do wynajęcia. Okazało się, że poważny związek nie oznaczał ani wspólnego mieszkania, wspólnego prania gaci, wspólnych wypadów do supermarketu ani nawet dzielenia się łóżkiem. Zabrakło w nim prawdziwej powagi i właściwie bardziej pasuje tu określenie tej relacji jako „ważne życiowe doświadczenie”. Po prostu jechaliśmy na dwóch osobnych wózkach, z innymi planami na przyszłość i w pewnym momencie drogi nam się rozeszły. Nie było opcji, żeby po drodze się dosiąść, bo niestety wózki były jednoosobowe. Nawet jakoś specjalnie nie czuję żalu, nie jestem zawiedziona, bo dziś wiem, że czas zawsze zweryfikuje podejmowane decyzje i pozwoli wyciągnąć z nich konkretne wnioski, tak bardzo potrzebne nam – młodym ludziom. Ogólnie jestem przekonana, że w wieku dwudziestu lat nie powinno się decydować o życiu dorosłym.

Chwilę później, szukając pomysłu na siebie i swoje życie, postanowiłam odświeżyć niektóre stare znajomości w celu przede wszystkim rozrywkowym. Młodzi mężczyźni, których spotkałam na swojej drodze bardzo szybko zaczęli mnie wkurwiać. Sama nie wiem, czy szukałam zabawy, czy chodziłam na randki tylko dla zabicia czasu. Strasznie irytował mnie ten brak stabilizacji, o której przecież marzyłam już od dawna. Kiedy pewnego dnia jeden koleś oświadczył mi, że niewiele dla niego znaczę, bo nie jest stworzony do związku z jedną kobietą (sam zresztą określił się jako „chłopak wszystkich dziewczyn”) miałam ochotę strzelić se kulkę w łeb. Byłam tak bardzo zawiedziona, że straciłam kupę czasu na kogoś, kto nawet nie traktował mnie poważnie. Z drugiej strony, przecież niczego sobie nie obiecywaliśmy, a przede wszystkim to ON NIE OBIECAŁ NIC MNIE. Sama ujebałam sobie w głowie, że skoro się spotykamy, to raczej na poważnie, a argumenty i wybory „drugiej strony” nawet do mnie nie docierały. Długo nie byłam w stanie zrozumieć tego, że ktoś może mieć zupełnie inne pojęcie i podejście do relacji „damsko-męskich”. Odpuściłam. Stwierdziłam bowiem, że tylko traktowanie facetów „z wzajemnością” pozwoli mi normalnie funkcjonować.

Bujałam się tak przez kilka miesięcy, kompletnie pogubiona, na siłę próbując dogadywać się z ludźmi, z którymi w rzeczywistości nic mnie nie łączyło. Wzajemne, przedmiotowe traktowanie było dla mnie kompletną abstrakcją, której w pewnym momencie miałam po prostu dość. Serio, próbowałam przez chwilę tak żyć – bezskutecznie.

W międzyczasie poznałam mało wylewnego faceta, który od samego początku bardzo mnie intrygował. Nie był miły, grzeczny, jakoś specjalnie poukładany, a mimo wszystko dawał się lubić praktycznie wszystkim, których spotykał na swojej drodze. Sam zresztą często mówił, że lubi MNIE. Zastanawiałam się, czy będziemy się tak lubić przez resztę życia, czy rozkręci się z tego coś więcej.

Pewnego dnia alkohol sprzyjał nam do tego stopnia, że oboje stwierdziliśmy, że możemy spróbować. Kilka razy się spotkać, poznać się lepiej i określić, czy to właściwie w ogóle ma sens. Plusem całej tej sytuacji był fakt, że byliśmy podobni. Nie wymagaliśmy niczego „na już”. Daliśmy sobie czas mimo, że bardzo szybko zamieszkaliśmy razem (tu akurat wpływ na tą wydawałoby się wspólną, poważną decyzję miało milion różnych czynników, nie do końca zależnych od nas samych). Dziś wiem, że była to dobra decyzja. Nie była to taka zwyczajna zabawa w „dom” a po prostu „wspólne życie”. Wspólne problemy, fajne chwile, wspólnie spędzany czas. Najlepsze jest to, że zaczęło się od przyjaźni. Przez jakiś czas brakowało mi nawet tych ‚motyli’ i innych akcji, ale było na tyle normalnie i dobrze, że nie chciałam doszukiwać się problemów. Po prostu od początku starałam się zaakceptować taką kolej rzeczy. Mogłam to olać, podziękować, pójść w cholerę i znów „zaczynać”. Intuicja podpowiadała mi jednak, że nie ma sensu psuć czegoś w imię wszechobecnych schematów określających „idealne związki”.

-bierzemy ten ślub?

-no dobra, ale kiedy?

-7 lipca

-a dlaczego akurat 7go?

-a bo tak popatrzyłam w kalendarz i to w sumie spoko data 07.07

-ok.

3,5 miesiąca później byliśmy już po ślubie. Chwilę po 12 dusiłam się ze śmiechu w kościele, żeby po jakimś czasie zjeść obiad z rodziną, a wieczorem spotkać się z przyjaciółmi i świętować do rana. Było dokładnie tak, jak sobie to wymyśliliśmy.

Jak mi się oświadczył?

Właściwie, to bardziej JA to zrobiłam. Oznajmiając mu, że chcę mieć normalne życie i rodzinę. Że czuję, że to już ten czas. Zaakceptował to, tak po prostu. Uprzedzony, że bez pierścionka ślubu z Nim nie wezmę. Za bardzo lubię złoto, żeby przepuścić taką okazję.

Być może z zewnątrz wygląda to tak, że chciałam wywrzeć presję. Bo czas ucieka, bo trzeba coś zmienić, bo mi się nudzi.

Nie, ja po prostu chciałam prostej i konkretnej odpowiedzi – żyjemy razem, albo się rozstajemy. Charaktery mamy podobne, więc to było najlepsze rozwiązanie. Powiedzieć sobie wprost, czego oczekujemy. Jak widzimy swoją przyszłość. Czy widzimy w niej siebie nawzajem.

Okazało się, że oboje podjęliśmy tą samą decyzję. Mieliśmy taki sam plan, chcieliśmy tych samych rzeczy. Prości ludzie. Tyle w temacie. Żeby nie było, kolejność na przekór wszystkim trochę nam się pomieszała, ale był to nasz wspólny wybór.

3 dni temu miałam ochotę Go zabić (ogólnie miewam takie napady kilka razy w tygodniu). Udusić, krzyczeć, popłakać się i zrobić awanturę ot tak, za „zbyt głośne mruganie”. Dziś cieszę się, że odłożyłam to na później, bo jak już wspominałam milczenie w takich sytuacjach jest dobre dla obu stron. Bo może wcale nie taki zły jest ten mój mąż ? Na przykład dlatego, że wczoraj choć przez chwilę mogłam poczuć się jak gówniara, bez ciśnienia, codziennych obowiązków – o dziwo nikt nie zrobił mi z tego tytułu problemów. Mało tego, pozwolił mi dojść do siebie nie mówiąc słowa. Doceniam proste rzeczy. Żeby nie było – mówię o tym głośno, bo im trzeba to mówić, sami z reguły się nie domyślają. Czasem wystarczy po prostu „dziękuję”.

Pieprzyć konwenanse.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *