czy to jeszcze ja ?

Weekend, jako zwieńczenie urlopu minął dosyć szybko. Plusem jest to, że chociaż na chwilę udało mi się sięgnąć dziesięć lat wstecz, co dla mnie osobiście było w pewnym sensie podsumowaniem, żeby nie nazwać tego „rachunkiem sumienia”. Dobrze jest spotkać ludzi, którzy są składową najlepszych chwil. Najlepszych, bo poziom zmartwień ograniczał się do matury, złamanych serc i kilku ważnych jak się teraz okazuje decyzji.

Byłyśmy młodsze, może ładniejsze, niekiedy szczuplejsze/zdrowsze, a czarna kreska na dolnej powiece w połączeniu z kolczykiem w małżowinie usznej (robionym of kors na szkolnej wycieczce, ze znieczuleniem w postaci schłodzonej puszki z pasztetem podlaskim) były esencją naszej zajebistości. Być może, gdybym wtedy była bardziej szczera, moje życie wyglądałoby teraz inaczej – nie oznacza to jednak, że lepiej. Szczerość, to też według mnie oznaka naszej dojrzałości. Szczerości też trzeba się nauczyć (ja wiem, że mój niespełna czteroletni syn jest na etapie, gdzie ową cechę charakteru ma opanowaną do perfekcji, co nie jest do końca spoko, chociażby w momencie, kiedy odpowiadam na pytanie „dlaczego ten pan śmierdzi?” jadąc MPK), bo niestety z wiekiem ta cecha zanika, zwłaszcza u nastolatków, którzy muszą ściemniać na każdym kroku, żeby jakoś przetrwać. Oparte na faktach – do niektórych rzeczy jestem w stanie przyznać się własnej matce dopiero teraz, bo w sumie co mi szkodzi, z domu mnie nie wyrzuci – sama się wyrzuciłam, właśnie dziesięć lat temu.

Ludzie, z którymi wchodziłam w tą dorosłość mieli w głowie ten sam chaos, który wspólnie próbowaliśmy zwalczyć, często mieszając tanie wino z colą. Kto by powiedział, że faktycznie wyjdziemy na normalnych i w miarę ułożonych – coraz szybciej zbliżających się do trójki z przodu.

Udało się. Niektórym ta droga poszła z górki, drudzy zaś zaliczyli po drodze kilka fakapów. Nie muszę chyba mówić, do której z grup się zaliczam. Parę spraw ciągnie się za mną po dzień dzisiejszy, kilka razy udało mi się nawet trafić dobrze, nie oznacza to jednak, że wiedziałam o tym od razu.

Nie wiem, ile Kaśki zostało w Katarzynie. Chciałabym mieć w sobie tyle zapału, energii i siły, żeby realizować po kolei swoje plany tak, jak kilka lat temu. Zastanawiam się, czy na serio nie ma już tej radosnej, z milionem pomysłów, ugodowej, raczej nie do końca poważnej, duszy towarzystwa.

A może nigdy taka nie byłam, tylko chciałam być, bo tak jest po prostu łatwiej ?

Ta energia wyparowała chyba w momencie, kiedy poniosłam pierwsze porażki.

Teraz jest już trochę gorzej, bo nie odpowiadam jedynie za siebie, a realne spojrzenie na świat zazwyczaj kieruje mnie do tego rozsądniejszego wyjścia. Pytanie, kim dziś właściwie jestem? Czy tylko matką, która będzie chciała zrobić wszystko, żeby jej rodzina żyła jak najlepiej, czy człowiekiem, który chce się rozwijać i mieć swoją pasję. Okazało się, że jedno nie wyklucza drugiego. Stąd też między innymi pomysł na bloga i bazgroły, które mega mnie relaksują. Po prostu zdałam sobie sprawę, że dom, praca i dziecko nie musi być „wszystkim” i o dziwo nie przeczytałam tego na forum dla mam.

Do tej pory prawdziwą ulgę poczułam dwa razy – rzucając studia i rzucając poprzednią pracę. W pierwszym przypadku nie miałam wyjścia, w drugim – w odpowiednim momencie puknęłam się w czoło, uświadamiając sobie, że jestem za młoda na siedzenie w jednym miejscu, gdzie perspektywy jakiegokolwiek rozwoju były słabe. Nie jest idealnie, ale nauczyłam się fajnej rzeczy – zmiany są potrzebne i ten strach przed nimi często jest wyolbrzymiany.

Dziś jest podobnie – czuję, że muszę coś rzucić(nie chodzi tu raczej o pracę,czy męża). Zacząć coś nowego. Dam sobie jednak trochę czasu, żeby krok, który będę chciała postawić nie złamał mi nogi. Cieszę się, że jestem stosunkowo młoda – mam więc jeszcze trochę czasu. Najgorzej bowiem jest usiąść na dupie, bo tak jest dobrze. Zawsze może być lepiej.

Ciąg dalszy raczej nastąpi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *