czego pragną kobiety?

Miło wspominam czasy Fotki.pl, Naszej Klasy, czy Photobloga, który był chyba formą dzisiejszego Instagrama, z małą tylko różnicą – opisy pod zdjęciami pisałam pełnymi zdaniami, a gdyby wtedy ktoś spytał mnie, co to jest hashtag, pomyślałabym raczej o jakiejś nowatorskiej metodzie jarania trawki, co kompletnie odbiega od słów kluczowych poprzedzonych kratką.

Czego tak na prawdę oczekuje laska, wstawiająca zdjęcia z dziubkiem, oczywiście robione z rąsi tak, żeby przy okazji wydłużyć talię i pokazać kawałek cycka?

Przede wszystkim nowych znajomości i tego, żeby ktoś ją podziwiał. Każdy lajk był wtedy na wagę złota, bo zwiększał szansę na poznanie wielkiej miłości kilkukrotnie.

Pamiętam randkę z historykiem, którego głównym plusem było to, że był osiem lat starszy, studiował i miał brodę, dzięki czemu nawet, jeśli poszedł do baru z siksą taką jak ja, bez problemu postawił jej drinka. Później okazało się, że miał jeszcze jeden atut – był ziomkiem z akademika naszego „Sora” od fizyki, więc wymieniliśmy ze sobą kilkadziesiąt smsów. Tak, to były dokładnie te czasy, kiedy każda wiadomość musiała być przemyślana, czasem edytowana trzy razy, bo w pakiecie było ich 600, a nie zawsze udało nam się złapać na GG. Oczywiście nic z tego nie wyszło bo ja byłam dla Niego za młoda, On zaś dla mnie za stary.

Bardzo długo marzyłam o miłości na całe życie. Angażowałam się w każdą relację nie patrząc na to, czy facet jest mądry, wykształcony, czy ma w ogóle jakieś perspektywy na przyszłość. Wtedy wystarczyło mi jedynie to, że mnie kocha. A skoro kocha, to przecież wszystko się ułoży. Musiało minąć kilka lat, żebym zeszła na ziemię.

Tych starszych było jeszcze kilku, jednak szybko zdałam sobie sprawę, że lepiej dogaduję się z chłopcami w moim wieku, chociażby ze względu na wspólne zainteresowania – czytaj szachownica pod biedrą, rapsy i tanie wino. Do czasu, aż po raz kolejny pierdolnęła mnie strzała amora.

Wtedy skończyło się wszystko – nie mogłam pić już wina ani palić fajek. Nie mogłam spotykać się z chłopakami z osiedla tak często, a jeśli już, to zazwyczaj nie byłam sama. Miałam wyrzuty sumienia broniąc się przed tym uczuciem, jednak fajnie było od czasu do czasu wyskoczyć nad jezioro w babskim gronie. Częściej bywałam w klubach i normalnych barach, gdzie za browar trzeba było dać minimum 6 zeta.

Odkąd pamiętam, zawsze byłam uparta. Do tego stopnia, że dusiłam się, kiedy ktoś chciał wejść mi na głowę. Niejednokrotnie kłamałam, że już śpię, siedząc pod blokiem i dopalając ostatnią fajkę. Rodzice uważali, że to moja wada, jednak ja z biegiem czasu dostrzegam same plusy.

Kiedyś usłyszałam nawet „kurde, dlaczego nie poznaliśmy się później?”. Myślę, że i tak nic by z tego nie było, bo motyle w brzuchu nie trwają 10 lat, co jest minusem tych długodystansowych związków. W przypadku Szymka, chyba było mu to na rękę, bo kiedy powiedziałam, że nie chcę żadnych podchodów, bo szkoda mi życia na kolejne zgrzyty, powiedział po prostu SPOKO. Od początku nie był wylewny, ale kompletnie mi to nie przeszkadzało. Również dlatego zamieszkaliśmy razem po 4 miesiącach trwania naszego raczej mało poważnego związku. Doszliśmy do wniosku, że co ma być, po prostu się wydarzy. Tak też było. Na palcach jednej ręki mogę policzyć akcje, kiedy chciałam uciec na koniec świata. Zawsze z tyłu głowy miałam jednak myśl, że to nie tylko z Nim jest coś nie tak – ze mną też. Stałam się oazą spokoju. Nie skupiałam się na kłótniach, które zdarzają się do tej pory. Wyłączałam narząd słuchu i oddalałam się w innym kierunku, zawsze na bezpieczną odległość.

Proste, że tęsknie za czasami, kiedy mogłam wyjść z domu o każdej porze dnia i nocy, nie tłumacząc się nikomu. Nie tylko dlatego, że byłam wolna, ale też młodsza, a jedyne rachunki jakie płaciłam, to komórka, którą i tak sponsorowała mi babcia. Dokładnie,niepłacenie rachunków to moje najlepsze wspomnienie z dzieciństwa. Mając osiemnaście, czy dwadzieścia lat, nie zastanawiałam się raczej, czy facet, z którym jutro widzę się pod Baobabem na Litewskim będzie dobrym ojcem. Mało tego, spotykając się z obecnym mym mężem nie zastanawiałam się, czy z tego będą dzieci i kredyt na trzydzieści lat – tak po prostu wyszło.

Kobiety lubią być zdobywane, lubią tą sielankę, która niestety nie trwa długo. Czas, kiedy porozwalane po podłodze skarpety są słodkie, bo liczą się tylko chwile spędzone z ich kotkiem też kiedyś się kończy. Podniecają się przesłodzoną herbatą zrobioną z rana, bukietem kwiatów czy zaproszeniem do kina. Do momentu, aż związek jest już na takim etapie, gdzie ON widzi Cię zaspaną, bez tapety, z jednym cyckiem większym od drugiego i zastanawia się, gdzie ta miła Kasia, która zawsze ze wszystkim była na tak. Dlaczego drze ryja, że w kuchni jest syf, skoro tyle godzin siedział w domu. No i przede wszystkim – o co jej chodzi, przecież mył się przedwczoraj a do tej pory zawsze podkreślała, że fajnie pachnie. Wtedy zazwyczaj znajomość się urywa, każde idzie w inną stronę, spokojnie zacząć sobie wszystko od początku.

Bujają się tak jeszcze przez jakiś czas do momentu, kiedy trafią na tą odpowiednią/tego odpowiedniego. Tylko skąd wiedzieć, który to, skoro znaków szczególnych raczej brak ? Skóra nie błyszczy jak u Edwarda ze Zmierzchu, a oczy nie mienią się we wszystkich kolorach tęczy.

Tu jedynym wyznacznikiem jest czas, bo iskry niestety nie zawsze dadzą ogień – trochę mi Coelho wyszedł, w każdym razie mam na myśli to, że nie da się poznać kogoś w tydzień, miesiąc, rok.

Cieszę się, że po tylu latach potrafimy się dogadać. To nie jest tak, że nic się nie zmieniło – cały czas się zmieniamy. Jestem wkurwiona, kiedy widzę laski, które się nie szanują. Największego chuja w mieście traktują jak swojego księcia a to, że dostaną od niego mordę, to nie żaden problem, a norma, gdzie one mają obowiązek nadstawić gębę. Często mają dzieci, które na to patrzą, moczą się w nocy i mało mówią. Co poszło nie tak? Chyba po prostu zapomnieli się rozejść w odpowiednim momencie z nadzieją, że to, czego do tej pory nie udało im się złożyć do kupy jakoś się naprawi. Samo się nie naprawia. Gdyby nie fakt, że nie pochodzę z idealnego domu, raczej bym się w tym temacie nie wypowiadała. 20 lat, to często o 20 lat za długo na zwlekanie z rozwodem, czy złożenie pozwu o alimenty.

Kilka razy płakałam, że mi nie wyszło. Że sobie nie poradzę i do końca życia będę sama. Mimo, że miałam wtedy 18, 20,21 lat, za każdym razem przeżywałam wewnętrzny koniec świata. Zmieszana z gównem patrzyłam w lustro i zastanawiałam się, dlaczego przestałam być idealna. Zapominając, że nigdy nie byłam.

Dziś mija dokładnie rok, odkąd powiedzieliśmy sobie „TAK”. Tak oficjalnie, przy wszystkich, których chcieliśmy tego dnia zobaczyć. Mimo, że cała impreza odbiegała od tradycyjnego wesela, a przypominała raczej techno party, bardzo miło wspominam ten dzień. Jestem ciekawa, co jeszcze przyniesie nam los. twardo stąpając po ziemi, bo nie liczę na sielankę. Facet, który nosi obrączkę taką samą jak moja, stara się mnie zrozumieć, chce mnie wspierać i pomaga ogarnąć mi cały ten chaos, który towarzyszy nam każdego dnia. Razem zliczamy przypały, które nas spotykają. Razem cieszymy się z małych rzeczy, które dla kogoś innego mogą nie mieć znaczenia. Tworzymy już rodzinę, a słowa Franka, który mówi, że jesteśmy fajni i nas lubi tylko utwierdzają nas w tym, że robimy to dobrze. Na to wszystko musiałam czekać, nigdy do końca nie będąc pewna, czy to jest właśnie TO. Mimo wszystko myślę, że jesteśmy na dobrej drodze.

Z fartem!

Jedna myśl w temacie “czego pragną kobiety?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *