Niektórzy mówią, że charakter człowieka zmienia się średnio co siedem lat. Gdybym te słowa miała odnieść do swojej osoby, akurat na chwilę obecną przypadał by czas mojej kolejnej, wewnętrznej przemiany. Z czwórki wskoczyłabym na spokojną, w miarę ułożoną piątkę z konkretnymi planami na przyszłość.

Sięgając wstecz, w wieku 21 lat byłam jedną wielką niewiadomą. Dla siebie i dla innych. Po kilku zawodach, które mnie dotychczas spotkały próbowałam jakoś ukształtować swoje życie, które tak na prawdę dopiero się rozkręcało. Miałam farta, że udało mi się dostrzec jedną ważną, żeby nie powiedzieć najważniejszą rzecz. Są ludzie, którzy zostaną ze mną mimo wszystko nawet, jeśli nawalę na każdej płaszczyźnie. Nie, nie są to tylko przyjaciele. Mam na myśli rodzinę, której nie mogłam sobie wybrać i być może przez to, że jesteśmy na siebie skazani już do końca – ta więź jest tak silna. Kiedy chłopak coś odjebał – wracałam do domu. Kiedy nie miałam już kasy na sześć bułek i 20 deko sopockiej -szłam do domu, gdzie zawsze załapałam się na talerz zupy. Kiedy potrzebowałam hajsu na kredki, a wypłata z kiosku starczała jedynie na zakup nowych dżinsów – zwracałam się z pomocą do mamy, bądź babci. Nie trwało to w nieskończoność, bowiem szybko stałam się na tyle samodzielna, że każdy swój problem, starałam się rozwiązywać sama. Ile razy osiemnastogramowy złoty łańcuszek, który dostałam w prezencie jako gówniara leżakował w lombardzie – to wiem już tylko ja.

Kiedy pewnego dnia musiałam poprosić pewną bliską mi osobę o 5 dych na podkład i tusz do rzęs, który był chujowy (wzięłam wodoodporny, bo akurat był to taki płaczliwy etap w moim życiu, że wkurwiało mnie ciągłe rozmazywanie), ale tylko na tyle było mnie stać, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nie tego chcę. Tak strasznie źle i do dupy się z tym czułam, że wiedziałam, że takie życie na dłuższą metę nie przyniesie mi szczęścia, na którym przecież tak mi zależało. Nie chcę być zależna od kogokolwiek nawet, jeśli miałabym darzyć tą drugą osobę uczuciem ogromnym. To był chyba zresztą jeden z tych dni, kiedy coś powoli zaczynało we mnie pękać. Zależność od drugiego człowieka zaczęła mi ciążyć, a dziś z pewnością zabolałoby to jeszcze bardziej. Wiele problemów, które spotykam na swojej drodze, to problemy, które trzymam w głowie, bo nie chce mi się o nich gadać. Jest to chyba jedna z tych złych cech wrażliwców, do których niestety (albo stety) się zaliczam.

Kilka dni temu wchodząc na pewien portal randkowy (nie w celach matrymonialnych oczywiście, ale o tym zapewne pojawi się osobny wpis) zastanawiałam się, co kurwa chcą ode mnie te stare chłopy, zwłaszcza po 50tce, z ubytkami w uzębieniu. Teksty typu „hej śliczna” na chwilę obecną działają na mnie jak czerwona płachta na byka. Być może zdjęcia sprzed dziesięciu lat robią na nich wrażenie, nie wiem. Prawda jest taka, że to już nie jestem ja. Minęła dekada od czasu, kiedy założyłam tamten profil. Dopiero w momencie, kiedy zobaczyłam informacje, w których czarno na białym zaznaczyłam, że interesują mnie mężczyźni w wieku 32-50 lat zaczęłam czaić skąd ta nagonka na młodą, jędrną, o wyraźnych rysach twarzy Kasię, lat 19. Profilu nie zaktualizowałam. Razem z dziewczynami pośmiałyśmy się trochę, udało się nawet wyłapać kilka znajomych postaci z przeszłości, aczkolwiek trwało to chwilę, po czym wylogowałam się z tego innego świata. Tej Kasi już nie ma. Bogatsza o spory bagaż doświadczeń zmieniła się w mniej jędrną babkę, która już niedługo przywita trójkę z przodu.

Droga, którą przeszłam, żeby ukształtować swój charakter była dosyć kręta. Nie ma bowiem lepszej szkoły dla młodego człowieka, niż pasmo porażek, a „przypały mają to do siebie, że chodzą parami”, jak śpiewał kiedyś Junior Stress (moja wielka miłość numer trzysta pięćdziesiąt sześć). Co prawda nie wiem, co spotka mnie chociażby za miesiąc, ale mimo wszystko udało mi się w miarę ustabilizować moje życie. Coraz mniej rzeczy mnie wkurwia, na więcej przymykam oko, a w sytuacjach, które wydają się być stresujące coraz częściej zachowuję zimną krew. To ważne, zwłaszcza, że mam juniora, który potrzebuje opiekuna o zdrowych zmysłach, a pierwszymi osobami, z których weźmie jakikolwiek przykład będą rodzice. Pod warunkiem, że jest w domu, a nie w przedszkolu, bo niejedzenia zupy nauczył się od Oskara tudzież Czarka nr.3.

Byłam małą, nieśmiałą, zakompleksioną Kasią, która popołudniami zamykała się w pokoju, żeby przy lampce (teraz też się zamykam, przy lampce wina :D), w zeszycie 80 kartkowym w kratkę opisywać każdy dzień i to, w kim akurat się podkochuje, ale wstydzi się o tym powiedzieć komukolwiek. Tylko po to, żeby po kilkunastu latach zamknąć te myśli w środkowej szufladzie komody stojącej w sypialni.

Kiedy po jakimś czasie udało mi się nabrać trochę pewności siebie, spotkałam przyjaciół, dzięki którym do dziś, na samą myśl o wszystkich przeżytych chwilach w oczach stają mi świeczki. Uśmiecham się i cieszę, że wciąż mamy kontakt i podtrzymujemy te relacje mimo, że czas nie jest dla nas łaskawy, bo po prostu non stop gdzieś spierdala i go brakuje.

Ostatni rok nie należał do łatwych, ale był przełomowy, jeśli chodzi o całokształt. Ludzie, których poznałam, z którymi się zaprzyjaźniłam, ale i Ci, którym najchętniej dałabym z liścia uświadomili mi, co tak na prawdę jest ważne. Co sprawia, że jestem szczęśliwsza. Wiem, na czym skupiać swoją energię, a czego powinnam unikać.

Reaktywowałam bloga. Zrobiłam to przede wszystkim dla siebie. Mało tego, chcę więcej, bowiem nie samym zaspokajaniem potrzeb innych ludzi człowiek żyje 😉 Wiem, że to są dobre zmiany. Coraz mniej się ich boję, a to już klucz do sukcesu, cokolwiek by to nie oznaczało.

Katarzyna, lat 28 i 11 dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *