blizny.

Jedynym plusem zmiany czasu, jaki zauważyłam do tej pory jest to, że raz w roku mam wieczór dla siebie dłuższy o godzinę. Pod warunkiem, że sama nie zasnę, co właściwie jest bardzo możliwe. Nie chcę nawet zaczynać tłumaczyć młodemu o co w tym wszystkim chodzi z nadzieją, że za kilka dni sam się ogarnie i będzie jak zwykle. Kiedy wspomniałam, że chyba jestem już dziś zmęczona, usłyszałam podwójne „ja też” od osobników płci przeciwnej przebywających razem ze mną we wspólnym gospodarstwie domowym.

Żadna to nowość, że czekam, aż młody zaśnie, żeby doprowadzić się do porządku i przede wszystkim WYCISZYĆ umysł. Bo ja na prawdę bardzo lubię ciszę, co ogólnie w moim życiu jest jednym z paradoksów. Kiedy zbyt długo siedzę sama, nagle robi mi się smutno i źle. Typowa matka – nie ma co się doszukiwać drugiego dna.

Jako, że taki zaszczyt mnie dziś pierdolnął – wieczorną kąpiel przełożyliśmy z godziny 20 na 19 czasu dzisiejszego, bo ciemno i spać się chce. Nie śmiałam przeciągać struny, dzięki czemu mogłam zacząć swoje rozkminy na blogu tuż przed godziną dwudziestą. Miło.

Zanim jednak odpaliłam jutuba, porozmawialiśmy sobie chwilę z synem, między innymi o bliźnie na kolanie, nabytej dwa miesiące temu. Dlaczego ją ma, dlaczego tylko na jednej nodze, czy kiedyś zniknie no i przede wszystkim, CZY JA TEŻ TAKĄ MAM ?

Odpowiedź teoretycznie mogłabym zamknąć w jednym zdaniu – bo się przewróciłeś, bo na podłodze był jeden kawałek szkła, który akurat wbił Ci się w prawą nogę, nie, nie zniknie, ale jak będziesz duży, to ona zrobi się bardzo malutka i prawie nie będzie jej widać, a JA TAKIEJ NIE MAM.

Mam kilka innych, ale tego tematu już nie rozwijałam, bo podejrzewam, że wieczorne wywody przedłużyłyby się o kolejną godzinę.

Naliczyłam trzy. Nie wiem, czy to dużo. Dla mnie to wchuj, a dla kogoś wcale nie. Część jest bardziej ważna – druga zaś nieco mniej. Każda z nich to taki ślad, nie tylko na ciele.

Najstarszą pamiętam jak przez mgłę – nie wiem, czy miałam pięć czy sześć lat. Jest brzydka, bo byłam tak zdygana, że nie chciałam lecieć z mamą do lekarza – skóra wisiała, ale jakoś się zrosło. Przypomina mi o wakacjach u babci i polnej drodze, którą pokonywałyśmy z siostrą kilka razy dziennie. Kiedy po obiedzie leciałyśmy w stronę domu koleżanek, których imion nie pamiętam, los chciał, że zaliczyłam glebę, a w kolano wbił mi się kapsel. Trochę piekło, ale musiałam poczekać jeszcze kilkanaście lat na pierwsze szwy.

Na drugą patrzę praktycznie codziennie. Właśnie zdałam sobie sprawę, że minęło już dziewięć lat, prawie kurde dycha. Początek studiów i nowe, zajebiste buty, które postanowiłam wypróbować zbiegając z górki wprost na tory tramwajowe, aby nieco skrócić sobie drogę na stację. Z nadzieją, że ten jeden jedyny raz nie spóźnię się na zajęcia z informatyki poleciałam jak długa. Całe szczęście, że jedenastka nie przejechała mi po tyłku obcinając przy okazji nogi. Jak widać ktoś na górze miał dla mnie o wiele ciekawszy scenariusz. Informatyka poszła się jebać, a ja wstałam, obtrzepałam się i prawie zemdlałam. Przeklinałam te pierdolone śniegowce, mróz, śnieg, nawet stancję na które mieszkaliśmy (jak się później okazało, jeszcze tylko przez chwilę). Miałam farta, bo szpital był tuż obok i akurat trafiłam na ten jeden na kilka godzin „raz”, kiedy na przystanku na odludziu był ktoś poza mną.

Być może ze względu na moje poczucie humoru nikt z osób mi bliskich nie uwierzył, że leżałam w szpitalu podczas gdy miły pan doktor na żywca zszywał mi prawą dłoń.

Byłam sama.

Bałam się. Chciałam wrócić mimo, że robiłam wszystko, żeby zostać jak najdłużej. Kiedy odkręcając słoik poczułam przeszywający ból, zastanawiałam się, czy to wszystko powinno tak wyglądać. Wychodziłam z domu, żeby za rogiem bezpiecznie odpalić fajkę i wyluzować chociaż na chwilę. Zadzwonić. Porozmawiać. Wrócić i udawać, że wszystko gra. Że jestem twarda. Mimo, że tak na prawdę nie byłam. Wtedy poczułam na skórze pierwszą porażkę. Nie miałam racji przekonując wszystkich, że moje ówczesne wybory były dobre. Wstydziłam się tego, że nie wyszło tak, jak zapewniałam. Siebie i wszystkich dookoła. Komedia romantyczna zaskoczyła mnie chujowym zakończeniem. Ludzi, których wtedy poznałam widuję już tylko na zdjęciach. Często się do nich uśmiecham. Ale nie mówię nic.

Trzecia, ta ostatnia jest najważniejsza. Goiła się najdłużej i to ona dostarczyła mi najwięcej bólu i strachu. O życie. Nie tylko moje.

Wszystkie inne w tym momencie przestają mieć znaczenie. Ma już prawie cztery lata, a ja do dziś pamiętam tę noc, jakby to było wczoraj. Nigdy wcześniej w życiu się tak nie bałam. Że coś pójdzie nie tak. Że stracę tego małego człowieka, którego przyjścia na świat tak bardzo nie mogłam się doczekać. Kiedy poczułam przeszywający ból po raz pierwszy – nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. W myślach powtarzałam sobie, że będzie dobrze mimo, że w ogóle nie byłam tego pewna. Osiem godzin trwało całą wieczność a ja pamiętam wszystko, minuta po minucie. I to jest ten jeden, jedyny na chwilę obecną raz, kiedy NIE ZAPOMNĘ nieważne, ile lat minie.

Kiedy usłyszałam, że tętno zanika całe życie przeleciało mi przed oczami. Od tamtej chwili pamiętam już tylko „kurwa” pani anestezjolog, a kiedy się obudziłam, pierwsze, o co spytałam to to, czy ŻYJE ?

Tak, żyje. Jest zdrowy i żyje. I to jest ten przełomowy moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że wszystko inne tak na prawdę Cię WALI.

Codziennie dziękuję Bogu za to, co mam. Syna, męża, chatę w kredycie. Przyjaciół. Nieidealną rodzinę. Czasem zastanawiam się, czy nie mogłoby być trochę lżej. Kiedyś pewnie będzie pod warunkiem, że nie stracę tego, co otacza mnie w tej chwili. Wiem, że mogłoby być gorzej, gdybym była sama.

Jak już wspominałam – każda z tych blizn coś znaczy. O czymś przypomina.

Każda z nich ma też zupełnie inną wartość. Bo z nimi tak już jest. Jedne przypominają nam o miłych chwilach, inne zaś zostawiają ślad, którego nie da się wymazać z pamięci.

Swoją drogą, to ciekawe, że jedno pytanie zadane przez Juniora sprawiło, że przez ponad dwie godziny stworzyłam niemałe wypracowanie.

Chyba zaczynam się bać tych rozmów w czasie kąpieli.

Jedna myśl w temacie “blizny.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *