pobawisz się ze mną ?

Od półtora tygodnia każdy dzień jest dla mnie niedzielą. Taką szybko mijającą, skupiającą się jedynie na Śwince Peppie, kuchni i długich wieczorach (prosiaka widzę już nie tylko w tv, objawia się również na ścianach w salonie, przedpokoju i kiblu).

Kiedyś wspominałam o Szymku, który pisał testament zamknięty w sypialni, bojąc się o swoje życie, gdyż z GRYPĄ nie ma żartów (nie daruję mu nigdy tych kilku sezonów Wikingów obejrzanych w spokoju, kurde, NEVER(!!!!) w czasie, kiedy ja z psem i synem turlałam się po podłodze 15 godzin na dobę). Trochę się nabijałam, że nie wiem czy zdążę wypastować pantofle i uprasować mu garnitur, bo konał biedaczysko w tym łóżku, co chwilę zerkając na termometr. Na szczęście – przeżył. Od wydarzeń minęły już ponad dwa lata i ku mojemu i Jego zdziwieniu -wciąż jest z nami i ma się na prawdę dobrze.

Syn przez ostatnie kilka dni również nie był w najlepszej formie. Miewał zjazdy do tego stopnia, że sama nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy martwić, że nie wbija mi łokci w cycki (moja zmora). Of kors – było mi przykro, że dziecko na co dzień pełne życia jest osłabione na tyle, że nie chce ze mną rozmawiać. Z zaciśniętymi zębami nadrabiałam zaległości na Playerze, regularnie uzupełniając płyn w inhalatorze.

Jest lepiej. Przedwczoraj chociażby, przez godzinę udawałam mamę-zombie, bo przecież „mamo, to jest świetna zabawa, to teraz Ty mnie goń!”.

Ten tydzień był ważny. Dla mnie, jako matki. Jemu dał poczucie bezpieczeństwa, a przecież tego najbardziej potrzebuje. Nawet, jeśli nie mówi tego wprost, a po prostu pyta, czy możemy się trochę poprzytulać.

Zobaczyłam ILE tak na prawdę mnie omija, kiedy rano wstaję, żeby ogarnąć się do pracy, by z kolei po ośmiu godzinach biec do domu z nadzieją, że przez te 2-3 godziny nadrobię cały dzień rozłąki. Zdałam sobie sprawę, jak szybko rośnie i w jakim tempie kształtuje się Jego charakter. Dziś jest zupełnie innym dzieckiem niż kilka tygodni temu. Słowa, których znaczenia nie rozumiał jeszcze niedawno, w tej chwili stają się oczywistą oczywistością. Pół dnia spędzone na podłodze uświadomiło mi więcej, niż mogłabym się spodziewać.

Kiedy byłam małą Kasią, często tęskniłam za mamą. Większość czasu spędzałam z Nim. Nauczyłam się jeść brukselkę i rozpieprzać czupa-czupsy tłuczkiem do mięsa. Popołudnia mijały nam dosyć monotonnie – zazwyczaj przed telewizorem razem z McGyverem i Drużyną A. Nieco później role się odwróciły, bo wszyscy czekaliśmy aż ON wróci zza zachodniej granicy z torbą pełną żelków. Mama też czekała. Wtedy nie wiedziałam, że i Ona bała się spać sama. Telefon raz w tygodniu nie wystarczał, ale wierzę, że robił to dla nas, żeby żyło nam się chociaż trochę lepiej.

Jako nastoletnia Kaśka przestawałam już trochę czuć grunt pod nogami. Zobaczyłam, że nie tylko ja się zmieniam – dorośli również. Nie byłam już oczkiem w głowie, a zbuntowaną laską, która ma w dupie cały otaczający ją świat. Praktycznie wszystko, co robiłam – poza nauką i czytaniem książek, spotykało się z krytyką. Czasem nie widywaliśmy się po kilka dni, bo popołudnia były bardziej interesujące, gdy spędzało się je z kumplami z osiedla. Tu akurat poglądy miewaliśmy podobne, bo sama wychodziłam z domu tak często, jak tylko mogłam. Jedna rzecz, która nas różniła to to, że na mnie w domu czekali rodzice – nie dzieci.

Teraz, kiedy jestem już (wciąż nie do końca poważną) Katarzyną, rzeczy, które uznaję za priorytety nieco się zmieniły. Owszem, chciałabym czasem wyjść z domu tak, żeby nikt nie dzwonił. Spotkać się z przyjaciółmi, walnąć Jagera z RedBullem i położyć się spać o świcie ze świadomością, że nic nie muszę. Jestem pewna, że każdy, kto zostaje rodzicem i jednocześnie bierze na klatę odpowiedzialność za drugiego człowieka – czuje to samo. Pod warunkiem, że jest na tyle silny, żeby to dźwignąć.

Wiem, że oboje jesteśmy potrzebni młodemu. Zdaję sobie sprawę, że z każdym kolejnym rokiem może być ciężej nam do siebie dotrzeć. Mimo wszystko, zawsze będę. I zrobię co tylko w mojej mocy, żeby miał zaangażowanych rodziców, do których będzie mógł się zwrócić w każdej sytuacji. Chcę, żeby wracał do domu, w którym zawsze ktoś na Niego czeka. Może dlatego, że czasem po prostu mi tego brakowało.

Chcę, żeby będąc w moim wieku nie odczuwał braków, z którymi borykamy się często dopiero jako dorośli.

Jako „najstarsza” siostra sama ogarniałam większość rzeczy. Zastępowałam matkę w praniu, sprzątaniu, gotowaniu. Nie mam tego za złe NIKOMU, a na pewno nie Jej. Czułam się odpowiedzialna za dom ( żeby nie poszedł z dymem) w czasie nieobecności rodziców. Dopiero teraz jestem w stanie wyobrazić sobie chociaż trochę, co czuła kiedy zostawiała nas samych. Strach i zmartwienie, pochowane noże – cztery krzyżujące się charaktery w jednym miejscu nie mogły bowiem wróżyć niczego dobrego.

Dziś jesteśmy już starsi. Idziemy swoimi drogami. Bywa, że z nich zbaczamy.

Bardzo często, kiedy rozmawiam z mamą wylewając swoje żale słyszę, że mi zazdrości, że to wszystko, czego Ona sama już doświadczyła dopiero przede mną. Że chciałaby się cofnąć do tych czasów, kiedy byliśmy mali.

Tęskni.

Żałuje, że nie będzie mogła przeżyć tego wszystkiego drugi raz, bo bardzo chętnie wróciłaby do tych czterdziestu ośmiu metrów na Żelazowej Woli 4. Wierzę.

To są momenty. Dosłownie chwile, które mijają tak szybko.

A my tak często zapierdalamy zapominając o prostych rzeczach. Gdzie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *