Czekam na Ciebie, słonko

Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu zrzucę płaszcz i przestanę owijać się szalem przypominającym wełniany koc. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że wiosna to prawdziwa kobieta – niby już gotowa do wyjścia, ale mimo wszystko każe na siebie czekać. W ogóle mnie to nie bawi i jestem w stanie spędzić każde popołudnie na placu zabaw, tylko weź już przyjdź ! Od miesiąca czekam, złapałam już nawet przedwiosennego dołka, ale jestem twarda i serio, nie będę się złościć, po prostu nie chcę już czapki.

Od czapek mózg paruje, nie oddycha tak, jak powinien. Myślę, że między innymi stąd ta przerwa w pisaniu – przez ostatnie kilka tygodni między jednym a drugim uchem odbijało się echo.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jasne, że kiedyś miałam to w nosie, bo chłodny wieczór zawsze był dobrą wymówka, chociażby na randce. Nic tak nie sprzyja miłosnym uniesieniom na ławce jak chłodek, bo przecież obiekt westchnień w końcu przysunie się te pół metra, żeby nie mieć na sumieniu zamarzniętej istoty. Wróć, kiedyś tak było. Teraz to chyba nie wiem, bo w sumie mogę nie być na czasie (2019 a nie 2009, no sorry), ale codziennie jadąc MPK odnoszę wrażenie, że chyba niektóre laski ominęły ten etap, bo mają już wózki, ewentualnie trzyletnie dzieci.

W każdym razie, to przedwiośnie wychodziło mi już bokiem. Musiałam zobaczyć osiem bocianów, porozmawiać sobie szczerze, wypić cztery drinki z Soplicy śliwkowej ze sprajtem, żeby szare komórki znów zaczęły pracować. Dziś rano szczególnie pracowały, bo bolało. Zwłaszcza, że w planach miałam trzy razy odpalić pralkę i wymopowac 63 metry kwadratowe. Dobrze, że dni są dłuższe i udało się ogarnąć ten temat. Młodemu przecież nie powiem, że dziś matka leży, na obiad kolejny dzień z rzędu frytki, bo coś mnie boli. Nawet, gdybym tak zrobiła, to usłyszała bym raczej MAMO, JAK BOLI, TO TRZEBA NAKLEIĆ PLASTEREK. Już widzę, jak zapieprzam z tym plasterkiem na czole, do piaskownicy razem z całym psim patrolem, yeah!

Za tydzień święta. Fajnie no, nie powiem, chociaż mam ochotę ugotować w domu te trzy jajka i przeczekać, aż minie cały ten szum.

Tęskni mi się, bardzo. Niestety nie mogę narzekać na nadmiar wolnego czasu, dlatego rzadko bywam w domu.

Ten dom, to też długa historia. Nie, nie będę się rozpisywać, bo nie jest to temat na tyle ciekawy, żeby w ogóle go zaczynać. Zresztą, pewnie zbrakło by mi nocy, a takie długie teksty szybko się nudzą. Fajnie, że ojciec doczekał się wedzarki mimo, że podwórko ma jakieś 20x mniejsze, niż miał w planach. Jak widać, z planowaniem bywa różnie. Coś, przed czym kiedyś zapierał się rękami i nogami, stało się jego rzeczywistością. Nie ukrywam jednak, że ten los i tak był dla niego dosyć łaskawy. Staram się we wszystkim doszukiwać jakichś plusów, dlatego podsumowując – przynajmniej mam w lodówce dobrą kiełbę.

Zazdroszczę tym, którzy faktycznie rozpoczęli ten nowy rok z lepszymi perspektywami. Tak się złożyło, że mimo, że nowy rok, to to na prawdę stara ja. Zaczęłam patrzeć trochę inaczej, bo niestety niektóre sytuacje, które nas spotkały (nas, chyba pierwszy raz nie piszę tylko w swoim imieniu), pewnie będą się za nami ciągnąć jeszcze przez długi czas. Ja w sumie wracam do tego codziennie, wchodząc do salonu, zerkając w lewo na zdjęcia. Ciężko jest zatrzymać swój wzrok na kimś, kogo już nie ma.

Nie umyłam okien. Brakowało mi 10 stopni na termometrze, więc po prostu nie wyszło. Często zwalam coś na pogodę, ale tak jest po prostu najłatwiej.

Zimno nie jest fajne. Niestety szanse na randkę w saskim są raczej bardzo małe (nie, żeby mi wino w salonie nie pasowało), dlatego czekam na więcej słońca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *