Matki

Odkąd pamiętam, a pamięć mam nadzwyczaj dobrą, moja mama zawsze była dla mnie… zwykłą mamą. To, że znała odpowiedź na każde moje pytanie, wielokrotnie przewidywała przyszłość (zwłaszcza poznając każdego kolejnego faceta, którego przyprowadzałam do domu), czy ogarniała praktycznie wszystkie prace domowe od sprzątania, po wymienianie zawiasów w szafkach, na obcinaniu głowy wigilijnemu karpiowi kończąc – To wszystko zawsze było dla mnie oczywiste, bo przecież kto miałby robić takie rzeczy, jeśli nie ona.

Nie uwzględniam tu ojca ze względu na to, że owszem był obecny w naszym życiu od narodzin po dzień dzisiejszy, to jednak w okresie, kiedy nasza czwórka wyrastała na lepszych lub gorszych ludzi – był za granicą, oczywiście po to, żeby wrócić raz na kilka miesięcy z wielką torbą niemieckich czekolad i żelków.

Moja mama, to taka typowa mama, jak z tych memów – teksty typu „traktujesz dom jak hotel”, „jeszcze tu nasrać na środku dywanu”, „bo nie”, „ty nie jesteś każdy” i wiele, wiele innych, to chyba już norma u wszystkich matek, nawet w dzisiejszych czasach. Ostatnio nawet zauważyłam, że mówię dziecku to samo, co kiedyś irytowało mnie – jak widać, karma wraca.

Kolejny temat to wszystkie niedojedzone kanapki, zupy, skórki od chleba, czy nawet rodzynki z ciasta – to chyba jakaś kumulacja tego, czego ja nie trawiłam w dzieciństwie. I do tej pory dziwiłam się, jak można się wkurwiać robiąc jeden obiad. Do czasu,aż sama nie zagrałam głównej roli. Niby zwyczajne mielone z ziemniakami nie powinny człowieka wyprowadzić z równowagi. No chyba, że jedno chce kotleta bez sosu, drugie bez buraczków, trzecie z tartymi ogórkami kiszonymi, a czwarte dla odmiany zamiast mięsa poprosi o jajko sadzone. I tak codziennie. Jedynie pomidorowa pozostaje bezkompromisowa od lat.

Ja swoją darzę ogromnym szacunkiem, bo to nie lada wyczyn wychować dzieci bez internetu, Facebooka i niezastąpionego forum dla mam. Bez zakupów online, tabletów, YouTubea, a nawet pampersów czy laktatora elektronicznego, niani, szumisia, butelek antykolkowych i niemieckich kropli działających cuda w przypadku kolek.

W dzisiejszych czasach wszystkie matki są takie najmądrzejsze. Najbardziej doświadczone, wiedzą wszystko i fakt, jedna rzecz się nie zmienia – znają rozwiązanie każdego wychowawczego problemu. Zwłaszcza, kiedy ów problem nie dotyczy ich dziecka.

Zastanawiam się, dlaczego długo nie zdawałam sobie sprawy, że mama to też KOBIETA. Też ma gorsze dni, miesiączkę, tyle samo buzujących hormonów, chodzi do pracy, która niejednokrotnie wyprowadza z równowagi, płaci rachunki i potrzebuje czasem wyjść z domu sama, a to wszystko tak, żeby każdy był zadowolony. Zawsze zdawało mi się, że ona po prostu jest i będzie nieważne, co by się działo. Rzadko widziałam ją chorą, co nie zmienia faktu, że widziałam jak płacze. Z tym, że wtedy myślałam, że pewnie złapała jakiegoś chwilowego doła, który na pewno zaraz przejdzie, a o co chodzi – raczej nie wnikałam. Charakter mamy podobny, więc zazwyczaj i tak było słychać co jest nie halo i o co właściwie chodzi.

Musiało minąć dwadzieścia parę lat, żebym poczuła na własnej skórze jak to jest. Nie wierzę w magię Instagrama, bo jestem pewna, że idealnych kobiet po prostu nie ma. Cały ideał macierzyństwa nie tkwi w pięknych ubrankach, wiecznie uśmiechniętych dzieciach które oczywiście nie wiedzą co to płacz. Nie wiem, kogo te laski chcą przekonać do tego, że dom zawsze może być czysty a one pachnące, wydepilowane i ze świeżą hybrydą na paznokciach. Być może to nowa polityka prorodzinna – ajdonoł.

Sęk tkwi w tym, że ten sajgon jest na swój sposób fajny. Kiedy wracam z pracy, to wiem, że czeka na mnie mały człowiek, który kilka godzin wcześniej żegnał mnie tekstem „ładnie wyglądasz” nawet, jeżeli tyłek wylewa mi się z dżinsów, a włosy umyłam jedynie suchym szamponem. Plusem są też serca z plasteliny, które mega mnie rozczulają. Prawie tak samo, jak zwiędnięte mleczyki.

Jestem przede wszystkim kobietą. Mam kompleksy, jednak to akurat jest sprawa indywidualna, bo każda z nas nad czymś ubolewa. Brzuch zdobią rozstępy, uda cellulit a jeden cycek jest o pół rozmiara większy od drugiego. Mam też dobre strony, bo jak twierdzi syn – jestem fajna. Skoro mówi, że mnie lubi, to znaczy, że jestem całkiem spoko mamą. Być może taką samą, jaką moja była i jest dla mnie. Tego w sumie jestem pewna, bo moja jest najlepsza. Każda z nas dla kogoś będzie najmądrzejsza. Będzie miała najładniejsze włosy, oczy, uśmiech, czy nawet ten nos, który reszcie świata będzie przypominał kartofel.

W tej chwili to ja odpowiadam na pytania, gotuję dwa obiady, opowiadam bajki i kupuję kolejny strój superbohatera do kolekcji.

Mimo wszystko mam też czas, żeby zająć się sobą, zrobić rzęsy, pójść na pilates, czy wejść na bloga. Skoczyć na lody, na spacer SAMA, jak człowiek, bo przecież wciąż nim jestem, a matka – to tylko taki zawód, z dożywotnim etatem. Szkoda, że często mylony jest z „ograniczeniem” normalnego życia.

Dzień maja!

Kiedyś już pisałam, że do niedziel mam sentyment. Zwłaszcza do takich, kiedy nie muszę nic. Najbardziej lubię te słoneczne – dokładnie takie, jak ta.

Młody ogólnie jest mało wymagający, zaczynając od posiłków, zabawy, ubrań, a kończąc na formach rozrywki. To nie jest tak, że mu się nie nudzi – bywa, że LEGO, Play doh, kredki, ani nawet kolekcja filmów Disneya(ba, cały Netflix jest do bani) nie są w stanie zająć go na dłuższą chwilę. W tym akurat nie widzę nic dziwnego – jest trzylatkiem, który z dnia na dzień się zmienia, czasem mam nawet wrażenie, że jego postrzeganie świata obraca się o 180 stopni w stosunku do dnia poprzedniego.

My sami uczymy się od niego co raz to nowych rzeczy – dziś na przykład dowiedziałam się, jak wyglądają „lody pirackie” (gdyby ktoś nie wiedział – to te w czarnym wafelku, o smaku gumijagòd, cokolwiek to oznacza). Sama nigdy bym na to nie wpadła, nie miałabym nawet na nie ochoty,a jednak mimo wszystko „mamo, te pirackie lody są świetne”, to dla nich najlepsza recenzja. Kolejny dowód na to, że dzieciakowi można zrobić dzień za 5,50 (matce za 8 Zeta, bo w Portofino akurat mieli Rafaello z jagodami i słony karmel).

Kiedyś nad zalew jeździłam na randki, z winem/czterema piwami i kocem, ewentualnie z kumplem i butelką ginu, co by zatopić wszelkie smutki i całe zło, które mnie spotkało. Dziś to przygoda życia, najcudowniejsze miejsce na naszej mapie świata, a już na pewno dla naszego małego pirata, który w ciągu godziny chyba ze czterdzieści razy powtórzył MAMO, ALE TU JEST SUPER ( co z tego, że w tamtym roku bardziej skupiał się na tym, że bolą go stopy i ogólnie to raczej woli na rączki). Przez chwilę zastanawiałam się nawet, co mogą myśleć sobie ludzie, kiedy słyszeli te wszystkie okrzyki zachwytu nad zasyfionym zbiornikiem wodnym. W dodatku sztucznym. Że dziecko biedne, pewnie cały czas siedzi w domu, że to na pewno jego pierwszy raz, bo ów zachwyt był na prawdę przeogromny. Boję się pomyśleć co będzie, kiedy pokażemy mu morze.

Kolejna rzecz, na którą bym nie wpadła, jest dzisiejszy powód do świętowania. Przed południem syn zaprosił mnie do sypialni i zapytał, czy będę z nim dziś świętować. Zgodziłam się od razu, a kiedy zapytałam, co konkretnie, uzyskałam jasną i klarowną odpowiedź – DZIEŃ MAJA. Także dziś, dnia dwunastego mamy święto. Myślę, że warto wpisać je do kalendarza, bo poza odgórnym zakazem handlu jest jeszcze jedna ważna rzecz – RODZINA. Ktoś mądrze pomyślał, zamykając sklepy na ten jeden dzień. Nie obyło się bez chaosu – dokładnie pamiętam te pierwsze, jeszcze w tamtym roku. Setki zagubionych ludzi, którzy na prawdę nie wiedzieli co ze sobą zrobić.

Pracowałam w galerii przez dłuższy czas i niejednokrotnie miałam przed oczami obraz kobiety z większą lub mniejszą grupką dzieci, które wręcz prosiły ją o powrót do domu, bo są zmęczone, albo po prostu chcą już iść na dwór. Każdy weekend – te same twarze, ten sam zakupowy szał, chociaż często widziałam takich, co spędzali całe dnie na spacerowaniu po sklepach chyba tylko dla sportu.

Tym oto sposobem dziś cała Plaza, Tarasy zamkowe, Felicity, Olimp i Skende przeniosły się nad Zalew Zemborzycki. Jeżeli którejś ze świątyń nie wymieniłam – sorry, jestem świadoma tego, że wiele rzeczy mnie omija. Często sama puszczam to bokiem, bo wiem, że więcej szczęścia mojemu dziecku da godzina na placu zabaw czy na spacerze, niż cztery spędzone w galerii handlowej. Mam nadzieję, że nie tylko ja zdaję sobie z tego sprawę.

Nie muszę nawet pytać, czy było fajnie, czy mu się podobało – wystarczy, że długą kąpiel zamieniliśmy dziś na szybki prysznic, kolacja, która zazwyczaj wyjmuje nam z życiorysu godzinę, została pochłonięta w 5 minut, a proces usypiania został zakończony sukcesem, zanim jeszcze zdążyłam policzyć do dwudziestu (często gubię się przy tysiącu baranów, sama padając jak śledź). To wszystko zwieńczyło jedno magiczne zdanie – LUBIĘ CIĘ MAMO, wypowiedziane praktycznie przez sen.

Nic dodać, nic ująć
Najlepszy dzień maja ever.

Znaki

Miałam kiedyś kumpelę. W sumie to w dalszym ciągu utrzymujemy kontakt, jednak jest to historia na tyle stara, że mogłabym nawet powiedzieć „dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami…”. Fajna, młoda dziewczyna jeszcze z czasów studiów. Brunetka, trochę podobna do mnie(no dobra, o wiele ładniejsza i szczuplejsza). Byłyśmy na jednym roku, tak więc wspólne zainteresowania, wspólni znajomi i te sprawy. Czasem w wolnej chwili wyskakiwałyśmy gdzieś na miasto.

Jak w większości dużych miast, tak i w tym, w samym centrum był zamek. Taki jak w tych bajkach o księżniczkach, z tym, że cała akcja działa się w dwudziestym pierwszym wieku, rycerzy na koniach nie było, był za to park i kilkanaście ławek. Na jednej z nich my i lody z maka. Młoda (tak ją nazwę) miała doła, bo trochę zawalił jej się świat. Na początku porozmawiałyśmy szczerze, później pomilczałyśmy i powoli oddaliłam się w stronę przystanku.

Ona została i raczej nic nie wskazywało na to, że kolejne kilka godzin przesiedzi jeszcze na tej ławce. Podszedł do niej facet, który wziął się tam nie wiem skąd. To znaczy w sumie wiem. Mało tego, obstawiałam nawet, że gość pochodził z innej planety, bo historia, którą mi opowiedziała brzmiała raczej mało realnie (jak na dzisiejsze czasy).

Na początku leżał sobie na trawie, z plecakiem pod głową, centralnie na przeciwko. Przez chwilę miałam wrażenie, że mimo, że dzieli nas kilkadziesiąt metrów, to on dokładnie wie o czym rozmawiamy, przyglądał się tak dziwnie, jak jakiś zbok. Nie myliłam się, bo na serio to wiedział. Nie wiem, czy potrafił czytać z ruchu warg, w każdym razie czekał, aż sobie pójdę. Gdyby nie fakt, że park był przepełniony ludźmi, raczej nie zostawiła bym jej samej.

Usiadł na ławce obok. Spytał, czy może się przysiąść i jej potowarzyszyć,bo z tego co zrozumiał (jakim kurwa cudem, nie mam pojęcia do dziś), to brakuje jej księcia, a przecież od zamku dzieli ich zaledwie kilka kroków.. Dodał, że ma tak piękne oczy, że powinna się cały czas uśmiechać, bo z uśmiechem jest jeszcze piękniejsza, czy coś takiego (bajera pierwsza klasa, zwłaszcza dla młodej laski, która nie chciała wracać do domu, gdzie czekały na nią już tylko cztery ściany). W plecaku miał pustą butelkę po winie, szczoteczkę do zębów i plik kartek. Pierwsze co pomyślała, to to, że jakiś wariat szuka przygód, pewnie chce ją przelecieć, żeby na następny dzień zarzucić na ramię swój bagaż i zapomnieć o jej istnieniu. Nie ukrywam, że pomyślałabym tak samo. Koleś twierdził, że jest poetą, a na zamku akurat odbywa się jakiś wieczorek poetycki i to był główny cel jego podróży. Siedzieli tak chyba z osiem godzin, rozmawiali o wszystkim. Mówił, że pisze wiersze, że przyjechał znad morza, zgubił kumpla, a tak w ogóle to jest kucharzem (opowiadał o tym z zapartym tchem, na prawdę ciężko było odróżnić, czy to wszystko to ściema, czy faktycznie mówił prawdę). Uśmiecham się pod nosem, kiedy tylko przypomnę sobie całą tą historię, bo zawsze byłam pewna, że takie rzeczy to tylko w filmach. Zwłaszcza, że był przystojny!

Pewnie do tej pory twierdziłabym że to żart, gdyby nie fakt, że podał jej imię, nazwisko i jedną z kartek – z wierszem, na odwrocie zapisując swój adres @.

Kilka dni później spakowała się i wróciła do domu (zapomniałam chyba dodać, że była słoikiem jak ja i pół Polski przejechała, żeby studiować). Wtedy widziałam ją po raz ostatni. Taką, nie wiem, zagubioną. Nie była pewna, czy to, co robi, to najlepsze wyjście – coś ciągle trzymało ja w tym miejscu. Nasze drogi się rozeszły, rozmawiałyśmy rzadziej. Nie ukrywam, że trochę mi przykro z tego powodu, bo była to bardzo bliska znajomość. Mimo wszystko rozumiałam, że to był ten czas. Żeby zamknąć pewien rozdział pomimo, że obie jeszcze nie raz wracałyśmy do tych spraw, znacznie później.

Księciunio powiedział jej wtedy fajną rzecz. Że wiosna przychodzi Z A W S Z E, nawet, jeżeli każe na siebie czekać miesiącami czy latami.

Najlepsze, że ona na prawdę przyszła. Co prawda w październiku, ale warto było jej wypatrywać. Może nie od początku było wiadomo, że to faktycznie ona, że to już to. W tej chwili obie wiemy, że tego nie da się zaplanować. To było ich pierwsze i ostatnie spotkanie, trochę jak dziwny sen. Czasem jednak wystarczy ten jeden raz, żeby zdać sobie sprawę, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Kucharz poeta pojawił się we właściwym miejscu i o właściwiej porze. Pomógł jej zrozumieć, że są gorsze dni, ale jednocześnie warto czekać, aż zaświeci słońce. No i świeci. Jasne, że czasem musi wyjść zza chmur. Że te chmury są, ale nic nie trwa wiecznie. Złe chwile też.

Ps / I niech mi ktoś powie, że mi się tylko wydaje, że przyciągam dziwnych ludzi. Od zawsze!

Życie

Nie skończyłam studiów, przez kilka lat siedziałam na kasie uśmiechając się pod nosem prawie za każdym razem, kiedy ktoś po mnie jeździł. Tyle razy słyszałam, że jestem niedouczona, niekompetentna, że pewnie nawet nie mam matury, dlatego jestem w tym a nie innym miejscu. Prawie za każdym razem – bo niekiedy mój trudny charakter mi na to nie pozwalał i zaczęłam traktować ludzi…z wzajemnością. Wśród koleżanek i kolegów – zarówno magistrów jak i dziewczyn po zawodówce czułam się trochę jak wyrośnięta. Być może dlatego, że byłam jedną z tych, które nie przychodzą do pracy zarobić na imprezy czy nowe szmaty, a raczej na życie. Szkoda tylko, że wypłata zawsze kończyła się zbyt szybko.

Kilka lat zajęło mi, żeby zejść na ziemię. Z jednej strony zawsze wierzyłam, że jak się czegoś bardzo chce, to można. Jak się później okazało – nie zawsze. Niektórych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć i tym oto sposobem na przykład, nie zostałam malarką, a jedynie niedoszłą panią architekt krajobrazu. W sumie, to chyba dobrze, że niedoszłą, bo tak na prawdę nigdy nie chciałam tego robić. To miała być taka „alternatywa”, która kosztowała mnie na prawdę dużo nerwów. Sama nie wiem, czy to, że jestem uparta, to moja dobra strona. Czy stracone lata na prawdę były stracone. Czy to, że zaufałam nie tym, którym powinnam zaufać wzmocniło mnie, czy wręcz przeciwnie – podcięło skrzydła. Być może byłabym teraz kimś innym, gdybym tylko posłuchała rodziców, przyjaciół. Wtedy byłam szalona i odważna – rzuciłam wszystko, żeby nie płakać z tęsknoty i spełniać marzenia. Nie musiało minąć dużo czasu, żebym znów zaczęła płakać. W tej chwili mogę tylko „gdybać”. Swoją drogą, chyba na prawdę byłam zdeterminowana, bo wierzyłam, że za 700 złotych miesięcznie jestem w stanie wygrać życie.

Czytaj dalej Życie